Od mrówek po dinozaury

Jak tam, mazurki zjedzone? Sałatki zapakowane do pudełeczek i rozdane rodzinie, bo przecież kto to zje? I wszyscy leżymy z brzuchami do góry, po świątecznym obżarstwie jajami i kiełbasą z chrzanem. Wszyscy, ale założę się, że dzieci nie i na dodatek nie dadzą potrawić starszym, wykazując się jak zwykle niezdrową wręcz aktywnością. No to ja mam pomysła, jak ich trochę uspokoić. Dać im, mianowicie, lekturę, najlepiej z obrazkami.

A dzisiaj, zgodnie z tytułem, od mrówek do dinozaurów, czyli dwie pięknie wydane książki od Naszej Księgarni, które uczą o naturze. Jedna o tym, co dzieje się w lesie pod naszymi nogami (przeważnie) a druga – o tym, co działo się bardzo dawno temu.

2627_tysiac_i_jedna_mrowka

„Tysiąc i jedna mrówka” Joanny Rzezak opowiada o tych najpracowitszych stworzeniach lasu. Podróż z mrówkami zaczyna się w mrowisku, gdzie dzieci poznają jego mapę i rolę, jaką pełnią poszczególne mrówki – królowa, robotnice, strażniczki… Potem mrówki wychodzą z mrowiska, a młody czytelnik razem z nimi, przeciskając się między rozmaitymi roślinami i gatunkami grzybów, poznając innych mieszkańców lasu – oraz rolę, jaką pełnią oni w życiu mrówek. Duże, kolorowe rysunki, duży format, gruby papier i krótkie fragmenty tekstu. A jak któryś maluch się uprze, to będzie mógł kolorami uzupełnić barwy rysunków.

Tytuł: Tysiąc i jedna mrówka
Autorka: Joanna Rzezak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

2625_atlas_przygod_din

„Atlas przygód dinozaurów” z tekstem Emily Hawkins i ilustracjami Lucy Letherlands. Spory format książki, taki akurat, żeby ją rozłożyć na podłodze i leżeć nad nią, machając nogami i pytając „a to?”. To prawdziwy skarb dla każdego miłośnika dinozaurów – zawiera 30 plansz opowiadających o różnych gatunkach dinozaurów, tych dużych, mniejszych i całkiem małych, o ich zwyczajach, tym, co jadły, jak były zbudowane, jakich miały wrogów czy jak wychowywały małe. Ale dinozaurów jest na planszach znacznie więcej niż 30 – na jednej zazwyczaj jest główny gatunek, ten, co na niego poluje (albo na którego on poluje), te, co krążą na niebie czy przemykają w wodzie. Dinozaury podzielone są geograficznie, według kontynentów, na których występowały.
Solidny kawał wiedzy także dla dorosłych (osobiście przyznam, że uwielbiam tę serię Naszej Księgarni).
Twarda oprawa, grube kartki, świetne ilustracje Lucy Letherland.

Tytuł: Atlas przygód dinozaurów
Autorki: tekst Emily Hawkins, ilustracje Lucy Letherland
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Reklamy

Likwidatorzy Czarnobyla. Nieznane historie

Jestem z tego pokolenia, co na słowo „Czarnobyl” reagują, przypominając sobie paskudny smak płynu Lugola. Od czasu do czasu oglądam w necie zdjęcia z zony – ponure, niszczejące budynki i nieokiełznaną przyrodę. Ale nigdy jakoś nie przemknęło mi przez myśl, że ktoś tam, na miejscu musiał zajmować się likwidacją skutków katastrofy. A kiedy przeczytałam o tej książeczce, „likwidatorów” widziałam oczami wyobraźni raczej jako nowoczesną ekipę w kosmicznych kombinezonach. A nie mężczyzn w każdym wieku, którzy nie dysponowali nawet maskami na twarz, noszących napromieniowane szczątki własnymi rękami. Nie wyobrażałam sobie, że „likwidatorzy” często zostali oderwani od rodzin, niemal „porwani” w drodze z pracy do domu, bez szansy pożegnania się z rodzinami. Nie wyobrażałam sobie, że zabierano wszystkich – chorych, zdrowych, tych z rodzinami, tych bez rodzin. A przede wszystkim nie wyobrażałam sobie, że ci mężczyźni pracowali bez żadnej wiedzy na temat niebezpieczeństwa, że oszukiwano ich co do wielkości promieniowania, że wreszcie – że ich służbę z 45 dni zmieniono na sześć miesięcy, bo i tak zostali już tak napromieniowani, że są spisani na straty a nowych szkoda.
Kiedy czytałam tę oschłą w wyrazie monografię, składającą się głównie z wypowiedzi likwidatorów trudno mi wyobrazić sobie, jak wielka rozpacz musiała panować w ich obozach. Jak bardzo przerażeni musieli być szczególnie młodzi chłopcy, którzy jeszcze nie założyli rodzin wiedząc, że prawdopodobnie stracili szansę na potomstwo. Jak nieludzka była polityka władz sowieckich – zarówno wobec ludności tamtych terenów jak i likwidatorów. Mieszkańcom zabroniono udzielać informacji (likwidatorzy robili to z litości lub przerażeni tym, co może się stać z ludźmi), zabierano im nawet dokumenty, uniemożliwiając ucieczkę z zagrożonych miejsc. Likwidatorom nie udzielano informacji na temat skażenia i możliwych zagrożeń, trzymano ich na miejscu mimo przekroczenia dozwolonych dawek promieniowania i kłopotów ze zdrowiem a po latach niszczono dokumentację medyczną i zabroniono łączenia objawów chorobowych z pracą w Czarnobylu.
Z tego króciutkiego opracowania wyłania się przerażający obraz chaosu po katastrofie. Chaosu, którego główną cechą było lekceważenie ludzkiego życia. Paweł Sekuła dotarł do likwidatorów, wysłuchał ich opowieści i przedstawia nam fakty mało znane lub kompletnie nieznane – takie np. jak bunt estońskich oddziałów likwidatorów, co robiono z napromieniowanym sprzętem używanym przez oddziały likwidatorów (tak, trafiał do ludności cywilnej), jak traktowano czarnobylistów zarówno w związku sowieckim jak i po jego rozpadzie w dawnych republikach. Dla mnie osobiście bardzo ciekawe było czytanie o opozycji wobec sowietów mieszkańców republik nadbałtyckich, Łotyszy i Estończyków. No i „Likwidatorzy Czarnobyla” to ciekawostka – pierwsza w Polsce i na świecie książka, która opisuje bunt tych, którzy usuwali skutki katastrofy.
Jeśli interesujecie się historią XX wieku, to jest „must have”.
Tytuł: Likwidatorzy Czarnobyla. Nieznane historie
Autor: Paweł Sekuła
Wydawnictwo PWN

Żona bankiera – Cristina Alger

Jak myślicie – kto jest złem tego świata? Dyktatorzy? Politycy? Dealerzy narkotyków? Odpowiedź jest nieoczekiwana. Ci, którzy znają nasze tajemnice i żądzą naszymi pieniędzmi – bankierzy. A już najgorsi są ci szwajcarscy…
W katastrofie lotniczej ginie Matthew Werner, pracownik największego szwajcarskiego banku. Razem z nim w prywatnym samolocie znajduje się niezwykle piękna kobieta, biznesmenka – i siostra terrorysty. Annabel, żona Matthew musi stawić czoła rzeczywistości. Zazdrości, świadomości, że mąż jej mówił bardzo mało o tym, czym się zajmuje i temu, że jego praca w szacownym banku nie wyglądała do końca tak, jak jej się wydawało.

W Paryżu na wyjeździe z narzeczonym przebywa znana dziennikarka. Kiedy w nocy dzwoni do niej dawny mentor i każe w sekrecie odebrać tajemniczą przesyłkę kobieta nie zdaje sobie sprawy, że staje u progu największego wyzwania dla dziennikarstwa śledczego od czasów afery Watergate. I że grzebanie w brudnych sprawach finansjery i polityki znacząco wpłynie na jej życie prywatne.
Niezły, trzymający w napięciu thriller z pieniędzmi w tle. Cristina Alger rozwiązuje tajemnice prania brudnych pieniędzy, rajów podatkowych, ukrywania dochodów w szarej strefie i przede wszystkim bazuje na opinii banków szwajcarskich, dla których liczą się pieniądze, ale już nie ich pochodzenie. To świat łamania zasad i omijania przepisów, prawdziwa mętna woda, w której żerują rekiny. Przy czym rekinami bynajmniej nie są terroryści czy dyktatorzy, ale bankierzy. Manipulujący pracownikami i klientami, zręcznie posługujący się nie tylko kalkulatorami, ale i ukrytymi kamerami i szantażem. Fabuła jest poniekąd diagnozą naszych czasów, bo walkę z banksterami toczą nie władze, nie policja – ale dziennikarze i pojedyncze osoby. Te „czarne owce” bogatych rodzin o szemranych dochodach, asystentki i niezależni dziennikarze. Bo tylko – metodą właśnie Watergate – upublicznienie afery na całym świecie może spowodować, że odpowiednie służby podejmą odpowiednie kroki.
Bardzo mi się podoba, że „Żona bankiera” pokazuje odważne bohaterki – zdaje się, że kobiety wkroczyły także w dziedzinę ie thrillera. To Marina – odważna dziennikarka, która dla prawdy poświęca życie osobiste. Zoe – asystentka w banku, dziewczyna z małego, francuskiego miasteczka, której praca w banku zaspokaja najbardziej wygórowane potrzeby finansowe – ale która nie zgadza się z metodami pracy swoich pracodawców. I wreszcie tytułowa żona bankiera, Annabel, która zaczyna zadawać niewygodne pytania. Chociaż przyznaję, że tytuł jest trochę na wyrost – Annabel z tych trzech bohaterek robi najmniej, ale rozumiem, że tytuł „Asystentka bankiera” nie brzmiałby już tak dobrze.

Jak na thriller „Żona bankiera” jest trochę bardziej wyważony, tu mało kto biega otwarcie z bronią w ręku, intryga finansowa i zło jest bardziej ukryte, nie tak oczywiste, Tu rzecz bardziej w etyce, niż lejącej się krwi. Choć ten brak etyki oczywiście, prędzej czy później przekłada się na rozlew krwi…

Gatunkowa ciekawostka.

Tytuł: Żona bakiera
Autorka: Cristina Alger
Wydawnictwo Zysk i s-ka

Zimowy żołnierz – Daniel Mason

Powiedziałabym, że to historia miłosna, gdyby nie było to zbyt duże uproszczenie. Bo tak naprawdę jest to historia o wojnie i tym, co wojna robi z człowiekiem i o tym, że nie ma nic wspólnego z pięknym heroizmem. Zwłaszcza jeśli tej wojnie przyglądamy się z punktu widzenia lekarza szpitala polowego gdzieś w pobliżu linii frontu.

Lucjusz Krzelewski pochodzi z zamożnej polskiej rodziny o arystokratycznych korzeniach mieszkającej w Wiedniu. Zarówno dla matki, cieszącej się głową do interesów, jak i dla ojca lubującego się w etosie wojny, a zwłaszcza husarii cichy, jąkający się, wycofany Lucjusz nie jest zbytnim powodem do dumy. Ale chłopak odnajduje swoją pasję – jest nią medycyna. Lucjusz studiuje więc zawzięcie, a wykładowcy mówią o nim, że ma talent do widzenia rzeczy na pierwszy rzut oka nieoczywistych. Tyle że studiowanie medycyny polega na oglądaniu pacjentów gdzieś z dalekiego rzędu sali wykładowej, a to Lucjuszowi nie wystarcza. Dlatego wojna, która wybucha w 1914 roku jest dla niego przede wszystkim znakomitą okazją, żeby pojechać w teren i nareszcie mieć okazję zetknąć się z „prawdziwym pacjentem”. Oczywiście Lucjusz myśli, że trafi do znakomicie zorganizowanego lazaretu z doświadczonym lekarzem, który będzie dla niego nauczycielem. Jednak kiedy trafia do Lemnowic, do małego lazaretu w dawnym klasztorze i pyta o lekarza prowadzącego, pielęgniarka, siostra Margareta odpowiada „przecież pan jest lekarzem”. Od tej pory to ona uczy go zawodu frontowego lekarza. Margareta jest szalona, fascynująca, stanowcza, niezwykła, a rzeczywistość dookoła surowa. I Lucjusz zaczyna wobec Margarety coś czuć… I wtedy do Lemnowic trafia żołnierz, który ewidentnie padł ofiarą czegoś, co lekarze dopiero zaczynają obserwować – nerwicy wojennej.

Nie ma w tej książce sentymentalizmu, nikt tu się nad nikim nie rozczula, jest uparty mężczyzna i wojenne okoliczności, w których nie ma nic romantycznego. Są szczury, wszy, amputowane kończyny, smród ropy i przerażające sny tych, którzy pozornie są zdrowi. Lucjusz, wychowany przez ojca w romantycznym etosie żołnierza przeciwstawia mu racjonalny umysł lekarza szukającego rozwiązania. Nic go na wojenną rzeczywistość nie przygotowało – tak jak nic nie mówi tym, którzy zostali na tyłach, czym tak naprawdę jest wojna. Jest taka przerażająca scena w książce – przerażająca, choć nie pojawia się w niej ani jedna kropla krwi. Urlopowany Lucjusz wraca do Wiednia i idzie na Prater, gdzie zastaje dzieci bawiące się w wojnę w okopach. Wojna stała się atrakcją parku rozrywki.

Oczywiście jest to książka także o braku bliskości i szukaniu jej w każdych warunkach. I wbrew pozorom Lucjuszowi znacznie łatwiej ją znaleźć w polowym szpitalu niż domu rodzinnym. Nic dziwnego, że potem nasz bohater porusza ziemię i niebo, żeby odzyskać bliską sobie osobę.

No i jako już dodatek – ciekawostką jest opisanie przez Masona początków diagnozowania nerwicy wojennej czy stresu pourazowego.

Tytuł: Zimowy żołnierz
Autor: Daniel Mason
Dom Wydawniczy Rebis

Kobiety Donalda Trumpa. Życie w złotych kajdankach

Pierwszą reakcją, kiedy zaproponowano mi lekturę tej książki, było „fuj”. Trumpa uważam za mizogina i szowinistę, a na dodatek ksenofoba, nacjonalistę i głupka, pierwszym moim odruchem było więc odrzucenie, bo wyobrażałam sobie, że będzie to książka pochlebna, skupiająca się na urodzie i ogólnym stylu glamour. Ale szybko się okazało, że to nie laurka. Nina Burleigh to nagradzana dziennikarka i feministka, a w książce szczegółowo analizuje kobiety z otoczenia Trumpa i wpływ, jaki na niego wywarły. Jednym słowem – analizuje, jak kobiety te sprawiły (także przez zanegowanie ich obecności w jego życiu), że najpotężniejszym państwem na świecie rządzi teraz Donald T. Jak to się stało, że Trump, pochodzący z rodzin imigrantów, dwukrotnie ożeniony z imigrantkami, jest tak negatywnie do imigrantów nastawiony. Jak mężczyzna, czerpiący korzyści z finansowego imperium założonego przez kobietę może negować umiejętności i kompetencje biznesowe kobiet. A jednocześnie jak może tym kompetencjom nie zaprzeczać w przypadku swojej córki czy pierwszej żony? I wreszcie – jak to się stało, że jakakolwiek kobieta decyduje się na życie z takim seksistą i mizoginem?
To dość prowokacyjna książka o kobietach Trumpa – babci i mamie, trzech żonach, w których Trump poszukiwał milczącego, biernego, ale ładnego przedmiotu, który znalazł wreszcie w osobie Melanii. Znajdziemy tu także informacje o dwóch poprzednich żonach Trumpa – przebojowej Czeszce Ivanie i wycofanej, nie lubiącej splendoru i tłumu Marli, a także o jego siostrach (uwaga – jedna jest szanowaną sędziną federalną), bliskich współpracownicach, króliczkach Playboya, którym płacił za seks i kobietach, które nazwał kłamczuchami, bo ośmieliły się go oskarżyć o nadużycia seksualne. Jest tu sporo o biznesach Trumpa, trochę o jego kontaktach z Rosją i Arabią Saudyjską a także bardzo dużo o tym, czym jest „budowanie marki” przez Trumpa i jego kolejne kobiety (żony oraz córke Ivankę) i czemu to „budowanie marki” służy. Nie mogłam przy okazji pozbyć się nieustannie mi towarzyszącego przy lekturze poczucia żenady – na przykład wtedy, kiedy czytałam, że na swoim ślubie Trump rozdawał ulotki swojego klubu golfowego albo tym, że Ivana pracowała w zakupach telewizyjnych, namawiając do kupna biżuterii czy perfum. Ale bogacze nie zostają bogaczami, bo się wstydzą w jakiś sposób zarabiać pieniądze…

Warto zwrócić uwagę na różnice kulturowe między Polską a Stanami Zjednoczonymi – te dotyczące traktowania kobiet i zachowania kobiet. To lekki szok kulturowy. Nina opisuje w książce skandal wywołany nagraniem, na którym Donald Trump przechwalał się „łapaniem za cipki” i sprawę kilkunastu kobiet, które oskarżyły kandydata na prezydenta – później prezydenta – o seksistowskie zachowania i molestowanie. To molestowanie to było łapanie za pośladki, całowanie znienacka w usta, przyciskanie do ściany, zaglądanie pod spódnice, wchodzenie bez uprzedzenia do przebieralni, w której często nago przebywały kandydatki na miss… I mnie się przypominają rozmaite komentarze „heheszkowate” moich znajomych mniej lub bardziej facetów, już nie wspominam o dyskusjach internetowych, że klepnięcie w pośladek, otarcie, pocałunek znienacka (pamiętacie słynny program telewizyjny gdzie zadaniem było zmuszenie kobiety na ulicy do pocałunku?) to żart, dowód atencji, komplement psia mać, a nam wszystkim potrzeba więcej dystansu. Już nie mówiąc o ciekawych analizach, czym są wysokie obcasy i dlaczego „królowe Trumpa” chodzą na niebotycznych szpilkach. Szpilki jako narzędzie ucisku kobiety, które, podobnie jak gorsety, odejść ma w niepamięć? Ciekawostka – i mówię to jako kobieta, która dawniej uwielbiała nosić szpilki, a dzisiaj je traktuje raczej jako dzieła sztuki, a sama się przerzuciła na trampki i kalosze.

Ciekawa.

Tytuł; Kobiety Donalda Trumpa. Życie w złotych kajdankach
Autorka: Nina Burleigh
Wydawnictwo Kobiece

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle

Książka oparta na idei escape roomów, w stylu mrocznym, ze względu na rekwizyty kojarzącym się trochę z opowiadaniami Poego. Ni to kryminał, ni fantastyka, , z ciekawą ideą i kunsztowną realizacją.

Bohater budzi się w lesie z imieniem kobiety na ustach. Nie pamięta kim jest wie tylko, że musi uratować kobietę. Okazuje się, że jest lekarzem i nazywa się Bell, a trudni się niezbyt chlubnym procederem, a w mrocznej posiadłości Blackheath znalazł się na przyjęciu wydanym na cześć powrotu do kraju niejakiej Evelyn Hardcastle. To jednak jedna część. Pan Bell bowiem to jedno z wcieleń Aidena Bishopa, a Aiden ma do wykonania zadanie. O 11 wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana. Aiden ma się dowiedzieć, kto to zrobił – i ma na to osiem wcieleń… Tylko wtedy, jak przekazuje mu tajemniczy mężczyzna w masce Doktora Dżumy będzie mógł opuścić Blackheath. Jeśli zadanie mu się nie uda, zapomni o wszystkim, a cykl ośmiu wcieleń zacznie się od nowa. Bishop musi się zmierzyć nie tylko z zagadką, ale i morderczą istotą, która poluje na wszystkie jego wcielenia. Wykorzystuje wrodzone cechy każdego ze swoich wcieleń próbując ominąć ich cielesne czy duchowe ograniczenia. Stara się nie zatracić samego siebie, choć wie, że nieodwołalnie się zmienia. Mordercza gra zaczyna przypominać wojnę – Aiden zostawia ślady kolejnym swoim wcieleniom, buduje sojusze i stara się wykorzystać czasowe pętle . Ma też pomocnika, choć powiedziano mu, że ten go zdradzi…

Porównuje się styl książki do powieści Agathy Christie i może być coś w tym o tyle, że intryga – a właściwie ścieżka do rozwiązania zagadki jest nieprawdopodobnie kunsztownie wręcz spleciona. Bohater sam zostawia sobie ślady, które potem, w innych wcieleniach będzie mógł wykorzystać. Fenomenalnie zresztą autor opisuje każde z wcieleń – każde ma inne cechy ciała i umysłu, jedne przejmują kontrolę nad Aidenem, innym Aiden daje przejąć nad sobą kontrolę, zdając sobie sprawę z korzyści. Coraz trudniej bohaterowi rozróżnić, gdzie jest on a gdzie osoba, w której ciele się znajduje. Całość oczywiście ma nieprawdopodobną puentę w stylu klasycznych kryminałów, czyli sceny kulminacyjnej, w której zbrodniarz i śledczy wyjaśniają wszystkie szczegóły. Przy okazji, tak zupełnie mimochodem, książka jest o tym, czy możliwa jest zmiana charakteru człowieka. Czy zbrodniarz może się zmienić? I czemu ma służyć resocjalizacja? To niekończąca się kara czy sposób na zmianę charakteru i postępowania zbrodniarza?

Świetnie napisane – i ku mojemu zdziwieniu dowiedziałam się, że to powieściowy debiut. A nic na to nie wskazuje, bo Stuart Turton ma niewątpliwie talent nie tylko do budowania intrygi, ale też klimatu. Ponure domiszcze, zagadka z przeszłości, średniowieczne maski, sztormowa latarnia kiwająca się na dłoni cmentarnego posągu… Jednym słowem – ciary.

Tytuł: Siedem śmierci Evelyn Hardcastle

Autor: Stuart Turton

Wydawnictwo Albatros

Pierwsza osoba – Richard Flanagan

Jeśli ktoś śledzi tego bloga wie, że Richarda Flanagana uwielbiam. Nieustannie mnie zaskakuje tematyką i formą. I zaskoczył mnie znowu, bo zajął się tym, co znam chyba najbardziej – literaturą. Procesem twórczym. O tym, mówiąc wprost, że bycie pisarzem niczym się nie różni od bycia wielkim oszustem z gigantycznymi przekrętami na koncie. Zresztą…poziomów odczytywania jest jak zwykle bardzo wiele, bo w tle „Pierwszej osoby” znajdują się gdzieś pytania o kulturową przynależność, narodową tożsamość, autokreację, relacje między kobietami i mężczyznami, niszczącą pasję. Książka tym razem nie porusza bolesnych tematów  dotyczących na przykład traktowania rdzennych mieszkańców Australii czy imigrantów – ale porusza może nawet znacznie bardziej bolesny temat, czyli prawdy w naszym osobistym życiu.

Bohaterem książki jest Kif Kehlmann, młody, początkujący pisarz. A właściwie ktos, kto uważa się za pisarza, choć ma na swoim koncie jedno nagrodzone opowiadanie i dość niszowa monografię o tasmańskim modernizmie. Pracując nad swoja wielką powieścią Kif nie podejmuje żadnej stałej pracy, imając się prac dorywczych, ale ma już jedna córkę a na świat maja przyjść bliźniaki i sytuacja robi się dramatyczna. Wtedy Kif odbiera telefon z propozycją jak dla niego niemoralną, za to – jak to zwykle przy takich bywa – kuszącą.  Siegfried Heidl, najsłynniejszy oszust w dziejach Australii, czekający właśnie  na proces chce zatrudnić Kifa do opracowanie swojej autobiografii.

Honorarium wynosi 10 tysięcy dolarów. Kwota, która rozwiązałaby wszystkie problemy Kifa i jego żony, Suzy. Ale czy można się tak…sprostytuować? I dlaczego Heidl wybrał właśnie Kifa – niedoświadczonego, nieznanego, nieznaczącego? Czas na napisanie autobiografii to sześć tygodni, Heidl nie współpracuje, zrozpaczony Kif nie jest w stanie wyciągnąć z niego żadnych detali, zaczyna więc…zmyślać. I tu zaczyna sobie zadawać pytanie – co jest prawdą? Czy to, co stało się naprawdę czy to, w co uwierzy wystarczająca liczba osób? Bardzo interesujące są fragmenty, kiedy Kif, na początku nieśmiało, podrzuca Heidlowi jakiś fragment zmyślonego życiorysu, Heidl to potwierdza, po czym sprzedaje tę historyjkę jako smaczny kąsek mediom – ubarwiając, dodając szczegóły i ubarwiając wszystko własnym urokiem osobistym. Całej książce nadaje w końcu ostateczny podpis i potwierdzenie, zamykające usta wszelkim niedowiarkom…

Jednak dreszcz na moich plecach wywołał nie opis relacji Kifa z oszustem – choć to, jak ten ostatni wydostaje informacje ze swojego „ghostwritera” i jak te informacje wykorzystuje, jak Heidl manipuluje ludźmi, jak ich od siebie uzależnia jest przerażające. Niekoniecznie dlatego, że oszust ZMUSZA kogoś do zrobienia czegoś, czego dana osoba nie chce. Raczej odwrotnie – Heidl wydobywa z ludzi najgłębszą, drzemiącą w nich prawdę. Wyzwala ja i pozwala robić to, czego w gruncie rzeczy zawsze pragnęli. Obserwujemy przerażającą przemianę Kifa z kochającego męża i ojca w egocentryka ogarniętego obsesją, nienawidzącego żony dlatego, że ta kocha go DLA NIEGO SAMEGO. I będzie go kochała nawet jeśli nie będzie pisarzem. A przecież bycie pisarzem to sedno bycia Kifem. Życie w kłamstwie i aktywne tego kłamstwa tworzenie wyzwala w Kifie mroczną stronę. Ale czy to zwykłe kłamstwo czy tworzenie literatury? Czy pisarz to kłamca, nawet jeśli pisze o faktach?

Książka, która każe nam sobie zadawać pytania o to, czym jest w naszym życiu prawda. Czy publikując w mediach społecznościowych piękne zdjęcia, uładzone  życie, pozytywy, twarze z makijażem – nie kłamiemy? I czy to życie w kłamstwie nam czegoś nie zabiera? Czy nie jest to umowa podpisana z metaforycznym szatanem – dostajemy to, czego chcemy, ale bardzo tego żałujemy?

Tytuł: Pierwsza osoba

Autor: Richard Flanagan

Wydawnictwo Literackie