Magdalena Lamparska jak Pola Negri

Po książkę sięgnęłam skuszona, nie ukrywam, postacią Poli Negri. Aktorki pochodzącej z małej, polskiej wsi, która stała się międzynarodową gwiazdą kina. Bo nie ukrywajmy, Apolonia Chalupec budzi ciekawość wiele osób. Okazywaną wielokrotnie determinacją – to wielbicieli kina, i lookiem – to tych, którzy lubują się w historiach. A przecież Pola, wytrwale wciskana w rolę wampa i femme fatale może fascynować tych, którzy patrzą powiwerzchownie.

Jednak, wbrew pozorom, „Wszystko albo nic. #jakPolaNegri” nie jest biografią. No, może nie do końca też nie jest, bo znajdziemy tu wiele faktów z życia gwiazdy – ale to raczej fakty przesiane przez wytrwalą wielbicielkę, również aktorkę. Czy też osobę, która aktorką chciałaby zostać, kierując się w życiu maksymą Poli. Główna bohaterka, tak jak Pola szuka szansy, pokazuje determinację i przede wszystkim – kreuje siebie. Pola kreowała się w życiu, Anna Mazur – w mediach społecznościowych. Ciekawe, swoją drogą, co powiedziałaby Negri na tak wszechobecną grę i autopromocję…

Książka to taka gra w grze, bo historię Poli Negri opowiada początkująca aktorka Anna Mazur, a splecione story ich dwóch – jak najbardziej realna Magdalena Lamparska. Przesiewająca zapewne przez swoje doświadczenia nieustannych castingów zarówno doświadczenia Anny jak i Poli. Która zapewne również- choć trudno to wiedzieć na pewno, poświęciła dla kariery. Na pewno poświęciła życie osobiste i włożyła w swój sukces wiele pracy. Znana przecież była ze swojej nieludzkie wręcz pracowitości.

O dziwo, najciekawsze w książce dla mnie nie okazały się fragmenty dotyczące Poli (szczerze mówiąc, opisy fabuły poszczególnych filmów można było sobie darować lub skrócić, bo trącą już w pewnym momencie nudą i dłużyzną), ale nieoczekiwanie dla mnie zafascynowała mnie historia Anny, żyjącej od castingu do castingu, wiecznie z telefonem w ręku, czekającej na wiadomość od agenta, dla której filmowa adaptacja historii Poli to okazja…Czego? Roli? Zaistnienia? Odkrycia miłości życia? Nowego ja? Przejrzenia aktorskiego blichtru? Bo sława ma swoją cenę, a za usmiechami i gracją – dawnej Poli i wspólczesnej gwiazdy kryją się wciąż te same niepewność, strach i samotność.

Nie jest najzręczniej napisana, jak wspomniałam – książka cierpi na dłużyzny, ale potrafi wciągnąć z zupełnie nieoczekiwanej strony.

Tytuł: Wszystko albo nic. #jakPolaNegri

Autorka: Magdalena Lamparska

Wydawnictwo Edipresse Książki

Reklamy

W pogoni za seryjnym zabójcą – Czwarta małpa, J.D. Barker

Jeśli w ramach marketingowych zapowiedzi czytacie, że to „Milczenie owiec” pomnożone przez „Siedem”, to wiedzcie, że coś się dzieje. Będą rozczłonkowane ciała, wyłupione oczy, zagadki i wyścig z czasem. No i oczywiście glina z przejściami toczący psychiczną walkę z seryjnym mordercą.

Autorem „Czterech małp” jest J.D. Barker, autor bestsellerów, nie tylko o tematyce kryminalnej i zdobywca licznych nagród. W „Czwartej małpie”, by stworzyć nietuzinkową postać seryjnego mordercy Barker sięga po scenografię rodem z horroru, i to takiego klasy B, w której lubuje się Stephen King, gdzie najgroźniejsza jest urocza rodzinka małego, amerykańskiego miasteczka. Nie, uwierzcie mi, nie chcecie sprawdzać, co się dzieje u nich w piwnicy…

„Czwarta małpa” dzieje się dwutorowo. Z jednej strony mamy sam środek śledztwa, pościgu za seryjnym mordercą, zwanym przez policję Zabójcą Czwartej Małpy. Pisarz jednak przerywa całą akcję policyjną wtrętami z pamiętnika mordercy, co nam mocno ułatwia życie. Wiemy, czemu jest jaki jest i mamy z czapki rozważania, a przy okazji, jak już mówiłam wkraczamy w sferę absurdalnego horroru a la „Opowieści z krypty”. Oczywiście mamy poturbowanego życiowo gliniarza i wspierającą go ekipę (każde z nich jest bardzo charakterystyczne, to taki trick rodem z seriali kryminalnych), a także moralne wątpliwości, bo niby morderca jest zły, ale przecież ma swoje powody…

Cała akcja zaczyna się, kiedy pod kołami autobusu ginie pieszy. W jego kieszeni policja znajduje bardzo charakterystyczny pakunek – taki, w jakim seryjny morderca dostarczał części ciał swoich ofiar. Na miejsce zostaje wezwany detektyw Sam Porter. Przypuszczenie, że psychopata sam rozwiązał problem chicagowskiej policji rzucając się pod transport miejski wydaje się być zbyt optymistyczne – i rzeczywiście, na miejscu zostaje znaleziony pamiętnik mordercy, porwaną osobę wciąż trzeba odnaleźć a przy okazji dowiedzieć się, co skłoniło Zabójcę Czwartej Małpy do zajęcia się tą osobą…bowiem nic nie dzieje się bez przyczyny.

Czyta się nieźle, choć według mnie zupełnie zbyteczne są notatki podsumowujące każdy etap śledztwa, tylko spowalniają akcję i nic nie wnoszą. Ekipa policyjna świetnie namalowana, perełką, oczywiście, jest zabójca. No i ta puenta, dająca wiele, wiele pytań…I zostawiająca otwartą furtkę dla ciągu dalszego.

Tytuł: Czwarta małpa

Autor: J. D. Barker

Wydawnictwo Czarna Owca

Iza Michalewicz o policyjnym Archiwum X

W tych historiach nie ma happy endów. Za to są opowieści o upartych gliniarzach. Takich, co to robią po godzinach, latami, walcząc z zaniedbaniami, systemem, zniechęceniem, wszechmocnymi statystykami wykrywalności. Iza Michalewicz, znana polska reporterka, wzięła na tapetę „Archiwum X”. To takie jednostki policji, które zajmują się niewyjaśnionymi zbrodniami. Takie, dzięki którym rodziny ofiar mogą nareszcie doczekać się sprawiedliwości. Czasami.

Z policyjnym Archiwum X zetknęłam się kilkanaście lat temu, kiedy pracowałam w krakowskim dzienniku. Jedna z koleżanek przyniosła wtedy materiał o działalności krakowskiej jednostki. Była podekscytowana – tak, dziennikarze potrafią się jarać jakimś tematem. Ten moment wspomina też Iza Michalewicz, z nieco innej strony – efekt pracy mojej koleżanki bowiem mocno utrudnił życie policjantom krakowskiej jednostki. Bywa, nie da się przewidzieć wszystkiego – ale to „Archium X” zapadło mi gdzieś w pamięć.

W książce znajdziemy kilka takich nierozwikłanych spraw – zajmują się nimi różne jednostki Archiwum X, z różnych rejonów. To dla autorki pretekst do pokazania specyfiki ich pracy, nie do pozazdroszczenia, bo borykają się z niedopatrzeniami czy zaniedbaniami poprzedników. Nie mają szansy na dobre rozpoznanie, często dowody zostają zgubione, zniszczone, odesłane rodzinie. A przecież technika znacząco poszła do przodu i w niektórych przypadkach, które opisuje autorka, może pomóc teraz, jeśli kilka lat temu rozwiązanie sprawy nie było możliwe. A jest w książce i o kilku głośnych sprawach – takich jak krakowskiego Skóry czy o morderstwie Jaroszewiczów.

Książka to z jednej strony dokumentacja zbrodni – ludzkich motywów, sposobów działania, przypadków i premedytacji. Z drugiej – sposobów działania tego, co nazywamy ramieniem sprawiedliwości. I wreszcie – opis pracy reportera śledczego. Ciekawe jako kryminał i ciekawe jako dokument, tym bardziej, że Iza Michalewicz ma talent do malowania ludzkich portretów. Niby bez emocji, a jednocześnie wyciąga z nich to, co najważniejsze. A reporterka nie tylko rozmawia z policjantami, ale i dociera do świadków, a także rodzin. Często wciąż złamanych tragedią – tym bardziej, jeśli nie doczekali się sprawiedliwości. Jako była dziennikarka patrzę z podziwem, bo umieć zbudować takie zaufanie między reporterem a rozmówcą to dar. Zwłaszcza, jeśli ten rozmówca ma mówić o rzeczach bolesnych. Nie popaść przy tym w opisie w ckliwy sentymentalizm ani wykrzyknikowy tragizm rodem z tabloidów – duża sztuka.

Smutny ma ten książka wydźwięk, bo mówi o ogromnych zaniedbaniach, machaniu ręką na ludzkie tragedie, umywaniu rąk. O tym, że czasami poza kilkoma upartymi policjantami nikomu nie zależy na rozwiązaniu dawnej sprawy. Mam do nich po tej lekturze duży szacunek, a autorce gratuluję świetnej reporterskiej roboty.

Tytuł: Zbrodnie prawie doskonałe

Autorka: Iza Michalewicz

Wydawnictwo Znak

Dziewczynka, która wypiła księżyc – Kelly Barnhill

Są takie książki dla dzieci, przy których czujesz dreszcz i powiem wielkiego. Tak się czułam, kiedy pierwszy raz czytałam „Króla Maciusia Pierwszego” Korczaka albo „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren. „Dziewczynka, która wypiła księżyc” należy do tego gatunku szlachetnych, mądrych i fascynujących bajek, pełnych życiowych mądrości, a przede wszystkim miłości do świata.

Jest sobie Protektorat. Od wieków jego mieszkańcy wierzą, że nieprzebyty las dookoła zamieszkuje okrutna wiedźma. Żeby trzymać ją z daleka od siebie, co roku składa się jej ofiarę – porzuca w lesie najmłodsze urodzone w protektoracie dziecko.

W nieprzebytym lesie mieszka wiedźma Xan. Towarzyszy jej dobry i mądry potwór Glerk i najmniejszy smok świata. Co roku Xan spieszy w pewne miejsce, bowiem z niewiadomych dla niej przyczyn mieszkańcy pewnej krainy porzucają w lesie swoje niemowlęta. Xan ratuje je, karmi blaskiem gwiazd i zanosi do miast po drugiej stronie lasu, znajdując dla nich szczęśliwe domy i rodziny. Jest lubiana i kochana, a dzieci, nazywane Dziećmi Gwiazdy, zawsze wyrastają na prawych i szlachetnych mieszkańców. Pewnego razu jednak Xan przez pomyłkę karmi porzucone niemowlę blaskiem księżyca, napełniając dziecko potężna magią. Postanawia więc sama wychować niezwykłą dziewczynkę. Pytanie tylko, czy uda jej się zapanować nad nieokiełznanymi mocami dziecka?

Tymczasem w Protektoracie pewien szlachetny młody mężczyzna nie może znieść dłużej sytuacji. I postanawia zabić Wiedźmę.

Nie dziwię się, że ta książka zdobyła nagrodę za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą. Bardzo potrzebujemy teraz książek – nie tylko dla dzieci – pokazujących mechanizmy manipulacji informacją. Jednym słowem – pokazujących siłę, jaka tkwi w plotkach i jak krzywdzące one potrafią być. Że nie zawsze dobrymi są ci, którzy wszem i wobec głośno mówią, że służą dobru. Trzeba mądrości i wiedzy – pięknie w książce symbolizowane są one przez bibliotekę z wiecznie zakazanym dostępem. Ukrywanie prawdy, oszukiwanie innych i siebie nie sprawi, że zła sytuacja zniknie. Raczej odwrotnie – prędzej czy później stanie się twarzą w twarz z problemem, który do tego czasu może urosnąć do niebywałych rozmiarów. No i nie można ukrywać prawdy „dla czyjegoś dobra” – prędzej czy później to, o czym nie mówicie stanie się znacznie większe i cięższe niż to, o czym ze sobą rozmawiacie.

Oczywiście baśń nie byłaby dobrą baśnią bez przekazu. A w „Dziewczynce” tym przekazem jest nadzieja, która pozwala zburzyć najwyższe mury i rozgonić największe chmury. Bez nadziei przygniata nas smutek a są – i w książce, i w rzeczywistości – tacy, którzy na tym smutku żerują.

Pięknie Kelly Barnhill żongluje mitami i baśniami. Samotne wieże czarowników, Siedmiomilowe Buty, kruk jako posłaniec z innego świata, Dobra Wiedźma i Zła Czarownica, kobieca magia pochodząca z siły księżyca. Nie ma tutaj, tak jak to czasem bywa w książkach odwołujących się do naszej zbiorowej kulturowej skarbnicy wiedzy poczucia chaosu czy sztuczności. Tu wszystko współgra ze sobą, zmierzając do iście teatralnego punktu przełomowego. No i ta idea Stworzyciela…nie będę wam psuć zagadki. Przeczytajcie sami.

Piękna historia.

Tytuł: „Dziewczynka, która wypiła księżyc”

Autorka: Kelly Barnhill

Wydawnictwo Literackie

Baronówna – Michał Wójcik o najsłynniejszej polskiej agentce

Dziennikarskie śledztwo dotyczące jednej z ciekawszych postaci polskiej historii, hmm. Drugiego dna. Wiecie – szpiedzy, tajni agenci, podwójni agenci, potrójni, tajne operacje, igranie z ogniem, a wszystko to po to, żeby złapać nieuchwytne. Opisać bardziej szczegółowo polską femme fatale, Matę Hari, agentkę grającą na wiele frontów i rozdającą wiele talii kart, umiejętnie używającą swojego sexappealu. choć przecież była młodą dziewczyną. Z drugiej strony to opis fascynacji – dziennikarza postacią. Uzależnienia, przez które siedzi się w kolejnych archiwach i traci wzrok przeszukując kolejne mikrofilmy.

Owszem, sięgnęłam po tę książkę, bo bardzo chciałam się dowiedzieć o najsłynniejszej polskiej agentce, jak to głoszą marketingowe slogany. Tym bardziej, że o roli kobiet, także polskich kobiet w czasie II wojny światowej wiadomo niewiele. I tak, książka o Wandzie Kronenberg mnie wciągnęła, ale niekoniecznie tylko ze względu na główną postać. Michałowi Wójcikowi bowiem udało się pokazać – to pewnie obrazoburcze w obecnych czasach – to, że niemiecka okupacja wcale nie była okresem czarno-białym i zero-jedynkowym. Że Polacy potrafili się gryźć między sobą, w zależności od tego, czy należeli do AK, byli komunistami czy Żydami. Tak, może dlatego, że Wanda Kronenberg nieustannie walczyła z piętnem – inaczej tego nie można nazwać – żydowskiego pochodzenia, wątek żydowski, zwłaszcza polskiego antysemityzmu jest wszechobecny w książce. A także to, że walka z okupantem bynajmniej nie była rzeczą szlachetną, a polskie podziemie cechowały również bałagan, chaos, ambicyjki i prywatne sympatie. Wykonywano wyroki sądu podziemnego ale i dokonywano samosądów, próbując potem je przemilczeć lub usprawiedliwić. Okupacja dla jednych oznaczała utratę wszystkiego, z życiem włącznie, inni zbijali na niej kokosy. Rozdział, w którym Wójcik opisuje życie na ulicy Mazowieckiej, z kwitnącymi wprost restauracjami, knajpami, antykwariatami i salonami sztuki jest wręcz fascynujący, choć zdecydowanie budzi sporo pytań na temat roli Polaków w życiu warszawskiego getta. Wójcik wytrwale grzebie w archiwach, dokumentach, wspomnieniach, zeznaniach, spotyka się ze świadkami lub ich potomkami – i bynajmniej w swojej książce nie wychodzi na prostą.

Kogo widzimy w książce? Rozkapryszoną dziedziczkę bogatego rodu, która igra z ogniem i gra na wiele frontów, często z tarapatów wywijając się jak piskorz. Czy stawką w grze są pieniądze, wygody, poczucie władzy, a może zwykła, zwierzęca chęć ocalenia życia, swojego, być może także rodziny? Michał Wójcik nie rozwikłał tej zagadki – zaledwie pokazał nam rozmaite ścieżki, jakimi poruszała się Wanda. Piękna, młoda kobieta, przed wojną bogaczka, lubiąca władzę i zabawę.

Książka jest interesująca formalnie – z jednej strony mamy rozmaite notatki, dokumenty i wspomnienia (w tym także oryginalne meldunki Wandy). Z drugiej – opis drogi, jaką przebył autor w swoich poszukiwaniach, rujnując przy okazji niemal swoje życie rodzinne i towarzyskie. Nie brakuje tutaj scen żywcem jakby wziętych z Jamesa Bonda, jak ta w jednej z warszawskich knajp, do której przychodzili rozmaitej maści agenci. Kiedy wydano wyrok na właściciela i ekipa likwidacyjna weszła do knajpy wyciągając broń okazało się, że większość gości jest tam „służbowo”. W strzelaninie zginęło 15 osób, w tym także polskich agentów.

Dla miłośników historii, którzy nie wierzą w jednostki jednoznacznie wpychane na cokoły pomników.

Tytuł: Baronówna

Autor: Michał Wójcik

Wydawnictwo Znak

Zbrodnia i archeologia – Ślepy archeolog, Marta Guzowska

Bardzo niemiły i jednocześnie niezmiernie fascynujący bohater. No i wykopaliska, które od czasu filmu z Indianą Jonesem zawsze budzą niezmierną ekscytację widzów i czytelników. Jakby nie było wiadomo, że świątynie to zazwyczaj kilka kamieni i posadzka a cała pasjonująca praca to cierpliwe skrobanie i kopanie i tarzanie się w kurzu, i oznaczanie, i spisywanie…No, pasjonujące, prawda?

Jednak Marta Guzowska potrafi nawet w tę „nudną” archeologię tchnąć dreszcz emocji. Wiadomo, stare, dziennikarskie powiedzenie mówi, że nic tak nie ożywia tekstu jak dobry trup. Albo i kilka… Tym razem rzecz się dzieje w Grecji a bohaterem jest Tom, bardzo przystojny (podobno, bo on sam tego stwierdzić nie może) archeolog, który mimo wieloletniej nabytej ślepoty jest mistrzem swojego fachu. Tak naprawdę czasem nawet obcy ludzie nie wiedzą, że mają przed sobą ślepca (bo Tom woli takie, mało empatyczne określenie). Jak Tom to robi? Za pomocą wyczulonych zmysłów, świetnej pamięci, rutyny i techniki. Dzięki temu Tom spokojnie chodzi po ulicach miasteczka, mieszka sam, rozpoznaje ludzi i artefakty minionej cywilizacji. Otaczają go zapachy, dźwięki, a przy pomocy zegarka i słońca padającego na skórę nasz bohater jest w stanie świetnie się zorientować w terenie. I bardzo, ale to bardzo nie lubi, jak ktoś traktuje go jak kalekę.

Tom jest szefem ważnego archeologicznego projektu. Ma grupę ludzi, prowadzi wykopaliska i cieszy się towarzystwem narzeczonej, również archeolożki, oraz atrakcyjnej asystentki (mówiłam, że niefajny facet). Dopóki pewnego dnia na terenie jego wykopalisk nie pojawia się trup turysty…a właściwie dwa. Razem z nimi znalezione zostają szczątki naczyń z wykopalisk a na dodatek ktoś zaczyna się z naszym bohaterem bawić w nieprzyjemną grę z zagadkami, grożąc śmiercią i narzeczonej, i asystentce. Tom ma na rozwiązanie zagadek określony czas i żeby zdążyć, łamie wszelkie możliwe zasady i zraża do siebie tyle osób, ile się tylko da.

Choć ostatecznie motywy całej intrygi okazują się być rozczarowujące a ostatnie dialogi czarnych charakterów nieco…sztuczne, to całość czyta się dobrze. Choć osobiście wolę akcję prowadzoną w czasie teraźniejszym niż naprzemiennie teraźniejszy i retrospekcja. Ale też siła „Ślepego archeologa” polega na pokazaniu raczej smaczków – właśnie „nieszczęsnego” ślepca i tego, jak znakomicie sobie on radzi, wbrew oczekiwaniu społeczeństwa czy też rzeczywistości archeologicznej. Wiecie, tych całych kradzieży z wykopalisk, żeby sobie dorobić do mizernej pensyjki, niszczenia obiektów, nudnej pracy i takich tam.

Dobry zabijacz czasu.

Tytuł: Ślepy archeolog

Autorka: Marta Guzowska

Wydawnictwo Marginesy

Podążać własną ścieżką – Begin again, Mona Kasten

Książka o bardzo młodych ludziach, którzy stawiają kroki na swojej drodze życia, nie bojąc się walczyć o to, co dla nich ważne.

Allie zaczyna studia – i nowe życie – z daleka od domu. Nareszcie matka nie kontroluje jej życia – ubrań, liczby spożywanych kalorii, uśmiechów. Dla dziewczyny to oznacza wolność, nowych przyjaciół, ulubione zapachowe, nieco kiczowate świece, i pierwszy raz w życiu jedzoną pizzę. A także bezpieczeństwo, którego mimo bogactwa – nie zapewnił jej dom rodzinny.

Allie wynajmuje pokój w mieszkaniu u pewnego przystojnego chłopaka. Kaden nie ukrywa, że nie lubi dziewczyn a Allie przyjmuje tylko dlatego, że dramatycznie potrzebuje lokatora. I kategorycznie zaznacza własne granice – żadnych emocjonalnych huśtawek i wciągania go w osobiste sprawy. I przede wszystkim – nigdy między nimi do niczego nie dojdzie.

Brzmi to jak przygrywka do najbardziej oczywistego romansu pod słońcem i pewnie, że romans się pojawia. Ale nie o niego tu chodzi, choć pewnie dla nastoletniego czytelnika będzie to plus. Ja bardziej zwróciłam uwagę na rozmaite mechanizmy obronne stosują poranione dzieciaki. Poranione, nawet jeśli pochodzą z tzw. wyżyn, bo bogactwo nikogo nie chroni przez egoizmem, nieczułością, brutalnością wreszcie. Allie i Kaden chcą realizować swoje marzenia i są zdeterminowani aby to robić, za zgodą rodzin lub bez nich.

„Begin again” porusza jeszcze jedną bardzo ważną kwestię – molestowania seksualnego i seksualnej przemocy. Tak, bogaci też nie są bezpieczni. I tak, ofiarą takiej przemocy – i to nie tylko w ten najbardziej oczywisty sposób – można paść niezależnie od płci. Mona Kasten pokazuje, jak ofiary molestowania czy przemocy traktują rodziny i bliscy. Jedni udzielają wsparcia inni stosują wyparcie. Jedni zamiatają pod dywan, inni kłamią. Jedni udają, że się nic nie dzieje, ze względu na „dobro rodziny” i biznes. Ale czy pieniądze zrekompensują miłość dziecka, które zawiodło się na rodzicach?

Oczywiście, to książka dla młodych ludzi, jest tam o imprezach, ciuchach, chichotach z przyjaciółką pod kołdrą i nadużywaniu alkoholu, ale jest i o górach, prawdziwej przyjaźni mimo wszystko i dawaniu drugiej szansy.

Tytuł: „Begin again”

Autorka: Mona Kasten

Wydawnictwo Jaguar