Uniesienie – Stephen King

Jest takie miasteczko, w którym dzieją się rzeczy niezwykłe. Czasem straszne, czasem mroczne, czasem tylko niezrozumiałe i tajemnicze. Castle Rock. Miejsce stworzone przez króla horroru, taka strefa mroku. Tym razem nie jest przerażająco, choć jest zdecydowanie niepokojąco – tym niepokojem, który towarzyszy nam, kiedy nie umiemy znaleźć wytłumaczenia jakiegoś zjawiska.

W Castle Rock mieszka Scott Carey. Sympatyczny i miły, choć nieprzesadnie wylewny. Nie ma zbyt wielu przyjaciół, po rozwodzie mieszka sam i zajmuje się projektowaniem witryn. Taki zwykły facet. Z lekkim brzuszkiem i nadwagą. I pewnego dnia Scott zauważa, że zaczyna tracić na wadze. Niezbyt gwałtownie, za to konsekwentnie. Oczywiście, najpierw składa to na karb choroby i robi wszystkie badania. Potem jednak zauważa, że wraz ze zmniejszaniem się wagi wcale nie zmienia się jego wygląd. Na dodatek waży tyle samo nagi jak ubrany, nawet jeśli sobie wypcha kieszenie złomem. Tak jakby Scott odpychał od siebie ciężar i powodował, że wszystko staje się nieważkie.

Scott mówi o tym tylko jednej osobie, zaprzyjaźnionemu emerytowanemu lekarzowi. A ponieważ nie ma ochoty być obiektem rozmaitych doświadczeń, żyje sobie spokojnie. Dopóki pewnego dnia nie wda się w…hm…nie sprzeczkę, ale wymianę zdań z sąsiadką.

Och tak, oczywiście „Uniesienie” jest historią fantastyczną, ale jak to w fantastyce bywa, służy zupełnie czemuś innemu. Przede wszystkim wprost King mówi o uprzedzeniach. Tutaj – wobec osób homoseksualnych. Sąsiadki głównego bohatera są lesbijkami. I bynajmniej nie udają, że są przyjaciółkami, tylko mieszkają razem. Są małżeństwem i otwarcie o tym mówią. Bez zakłamania i wstydu i bez afiszowania. Bo czy przedstawienie kogoś – moja żona – to jest afiszowanie się? I tego społeczność Castle Rock nie może znieść. Zniosłaby, gdyby dziewczyny się ukrywały, wstydziły, całym swoim zachowaniem dawałyby znać, że WIEDZĄ, ŻE ROBIĄ COŚ ZŁEGO. Ale nie. Więc nawet jeśli jedzenie w ich restauracji będzie najlepsze w okolicy, i tak miejscowi się nie pojawią. Kiedy jedna z bohaterek pojawia się na plakacie reklamującym lokalny bieg charytatywny – a ma do tego ze wszech miar prawo, jest biegową sławą – wycofują się sponsorzy a społeczność – to obrzydliwe ciało, SPOŁECZNOŚĆ – jest oburzona. Przy czym nie, dziewczyn nie spotyka otwarta wrogość. Nikt im nie wybija szyb, nie obrzuca wyzwiskami (przynajmniej w twarz). To takie paskudne szeptanie po kątach, z którym nie wiadomo co robić. I w którym mimowolnie, przez swoją obojętność, bierze udział także Scott. Bo są sytuacje, w których nie zajęcie stanowiska już jest opowiedzeniem się po czyjejś stronie, znamy to, prawda?

Jedyną szansą na przełamanie takiej szeptanej wrogości jest wsparcie. Tak po prostu. I Scott znajduje sposób, żeby dotrzeć i do swoich sąsiadek i do mieszkańców miasteczka. Być może odwagi dodaje mu to, że za chwileczkę z tego miasteczka zniknie? Przed odejściem pragnie jeszcze wyrównać rachunki. W myśl powiedzenia „warto być przyzwoitym”.

Wzruszające i symboliczne. Przy czym wszystko jest takie lekkie i zwyczajne, bez zbytniego zadęcia i nadmiernego sentymentalizmu, ale i bez śmieszkowania. Powiem wprost – wcale jak nie King!

Tytuł: Uniesienie

Autor: Stephen King

Wydawnictwo Albatros

Reklamy

Śledztwo ostatniej szansy – Grzegorz Kalinowski

Po co się czyta kryminały retro? Ano, wcale nie dla kryminalnej fabuły, a dla scenografii. To ona tutaj powinna się wybić na plan pierwszy, czytelnik ma poczuć klimat epoki, „zobaczyć” stroje, poczuć smak potraw i wyniuchać niezbyt przystojne zapachy. I jeśli chodzi o budowanie klimatu, mamy w Polsce cały zestaw autorów, po mistrzowsku wywiązujących się z tego zadania. Marek Krajewski z cyklem o Breslau, Marcin Wroński piszący o Lublinie, Katarzyna Kwiatkowska – wielbicielka Wielkopolski czy Maryla Szymiczkowi (a właściwie duet Dehnel-Tarczyński), oddana bez reszty Krakowowi. No i Grzegorz Kalinowski, którego bohaterowie krążą po ulicach Warszawy.

Niestety nie czytałam pierwszej części przygód sławnego hinta, podkomisarza Kornela Strasburgera, więc delikatne aluzje do jego poprzednich przygód mi umknęły, ale nie miało to większego znaczenia, bo i tak wszak chodzi o pokazanie Warszawy wczesnych lat 30. Ubiegłego wieku. Polska wciąż buduje swoje państwo, boryka się z wewnętrznymi niesnaskami między komunistami, nacjonalistami czy Żydami. Do tego polska myśl techniczna przeżywa rozkwit, a zewnętrzni wrogowie próbują na naszym podwórku toczyć własne gry. I w to wszystko wpada nasz bohater , przeżywający osobisty kryzys po tym, jak zostawiła go (nie na pewno, ale prawdopodobnie tak) narzeczona. Pan podkomisarz zdecydowanie nadużywa alkoholu, jego słynny dowcip mocno się przytępił, a rządzonej przez niego Brygadzie XI Specjalnej Urzędu Śledczego grozi rozwiązanie. I wtedy przychodzi szansa – i jednocześnie propozycja nie do odrzucenia, od słynnej wojskowej Dwójki (czyli wywiadu). Wybitni polscy konstruktorzy samolotów zginęli w wypadku, który prawdopodobnie jest częścią afery szpiegowskiej. Strasburger i jego ludzie mają za zadanie znaleźć odpowiedzialnych za wypadek. No i zaczyna się śledztwo, toczone w barach, pociągach, dorożkach, tramwajach, na polu startowym i salonach, podczas rozgrywek brydża. Brygada naszego podkomisarza składa się z przedstawicieli różnych warstw społecznych, co daje nam ich znakomity przegląd. Ewangelicy augsburscy, dobrze sytuowane mieszczaństwo, kryminalne dołki. Jego policjanci są bystrzy i potrafią dać po mordzie kiedy trzeba, używając także z rozmachem swoich talentów i umiejętności (szybkie prowadzenie samochodu, walka wręcz, uwalnianie nieświadomych od portfeli i takie tam, drobiazgi). Sznytu dodaje nurzanie się w rozpuście głównego bohatera, który walczy z pociągiem do kieliszka, prowadząc czytelnika od knajpy do knajpy i zapoznając go z żywieniowymi i rozrywkowymi obyczajami Warszawiaków różnych warstw.

Jeśli chodzi o kryminalną fabułę – trochę zbyt skomplikowana jak dla mnie, nie ogarnęłam połowy tego, o co chodzi w opisanej aferze szpiegowskiej. Natomiast smaczki obyczajowe (wliczając w to pracę ówczesnej obyczajówki właśnie i krótki, a treściwy fragment na temat doli kobiecej części klasy pracującej) – pierwsza klasa. Tak samo jak wtręty dotyczące polskiej awiacji.

Warto poczytać ze względu na scenografię właśnie.

Tytuł: Śledztwo ostatniej szansy

Autor: Grzegorz Kalinowski

Wydawnictwo Muza

 

Zwierzęta, które zniknęły

To chyba najstraszniejsza książka, jaką zdarzyło mi się ostatnio czytać. I uważam, że jest to książka niezbędna dla każdego dziecka. Bo od małego trzeba uczyć, jakie konsekwencje dla świata, dla ziemi, dla natury, ma nasze działanie. I że, wbrew pozorom, ziemia nie jest nam i nie powinna być nam podległa.

„Zwierzęta, które zniknęły” to znakomity, pięknie ilustrowany atlas zwierząt, których już nie ma na naszym globie. Zaczyna się od dinozaurów, którym chyba, jako jedynym w książce, nie zaszkodziła działalność człowieka, a kończy na gatunkach nam współczesnych, tych drastycznie zagrożonych wyginięciem, takich jak tygrys sumatrzański, goryl wschodni, nasza rodzima kozica tatrzańska i niestety, wiele innych. Książka przedstawia gatunki – nie wszystkie, jest ich znacznie więcej – ale bardzo dużo, opisuje ich wygląd i sposób życia oraz przyczyny wyginięcia. Krótko, treściwie, dobitnie, bez spekulacji i bez sentymentów. Przedstawione są przyczyny wymierania gatunków – katastrofy naturalne, wymieranie ewolucyjne, zmiany klimatyczne, gatunki inwazyjne, niszczenie siedlisk i polowania i kłusownictwo. Książka usystematyzowana jest według okresów i lat, a także środowiska, w jakim żyły dane zwierzęta.

Książka nieodmiennie powoduje zadawanie pytań, więc bądźmy na nie przygotowani, jeśli damy ją do ręki dziecku. Te o klimat i katastrofy naturalne to jeszcze mały pikuś, ale pytania, dlaczego człowiek tak robił jest już znacznie trudniejsze. Według mnie jednak i dla rodziców, i dzieci książka powinna być podstawowym podręcznikiem, bo uświadamia nam, jakimi szkodnikami jesteśmy i że należy zrobić wszystko, aby zniwelować nasz szkodliwy wpływ. Oczywiście, jeżeli chcemy być rodzicem odpowiedzialnym. Bo przecież są i tacy, którzy nie widzą nic złego w myślistwie, a nawet pozwalają w tym uczestniczyć swoim dzieciom. Ale pomijając już polowania – dzięki „Zwierzętom, które wyginęły” możemy pokazać związek np. między używaniem słomki do soczku a tym, że z powierzchni ziemi zniknął np. gatunek żółwia. To mój przykład, ale wiecie, o co chodzi. O uczenie dziecka świadomości ekologicznej.

Absolutny must have.

Tytuł: Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych

Autorka: Nikola Kucharska

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Teatr świata. Mapy, które tworzą historię

Kiedy byłam małą dziewczynką, najchętniej przeglądałam encyklopedię. Czasy były dość smutne, przaśne i peerelowskie, nie wiedziałam, jak smakuje czekolada, za to już w wieku 3 lat umiałam biegle czytać, a mamunia podstępnie podsuwała mi nie lektury dla grzecznych panienek, a jakieś takie… o Robin Hoodzie. Piratach. Indianach. Przygody Tomka. Sporo było tam o podróżach, więc Monisia bardzo chciała zobaczyć, gdzie te wszystkie rzeczy się odbywają. Jakoś zakotwiczyć w miejscu i przestrzeni. Na przykład – czy do tych kangurów mam daleko? A że atlasy były wtedy, tak jak książki zresztą i papier toaletowy towarem dość deficytowym, została mi ta smutna encyklopedia. Smutna, bo czarno-biała, kieszonkowa, z małym drukiem.

I pamiętam, jak cudem jakimś w szkole już dostałam do łapki pierwszy atlas. Jakie się niebo przede mną otworzyło! Godzinami mogłam sobie wodzić palcem po mapie i zastanawiać się, jak wygląda życie w takim miejscu. I że chciałabym tam pojechać. Dziś to marzenie spełniam podróżując lądem, powietrzem i wodą, a mamie, która we mnie je zasiała, przesyłam tradycyjne pocztówki, które ona skrzętnie pokazuje sąsiadowi, lat siedem. I pewnie szczepi w nim tę samą tęsknotę.

Wstęp trochę może przydługi, ale potrzebny. Głównie do tego, żeby uzasadnić ten dreszcz, jaki poczułam, kiedy dostałam do łapek „Teatr świata”. Książkę o mapach! I nie, nie zastanawiałam się, czy mapy są ciekawe, czy są fascynujące, bo ja to po prostu wiem. Nic tak jak mapa nie pozwala nam odnaleźć swojego miejsca w świecie. I nic tak jak mapa nie sprawia, że chcemy poznać inne miejsca.

Thomas Reinertsen Berg, bardzo spokojny, sympatyczny Norweg, którego miałam okazję poznać wykonał gigantyczną pracę, w jednej książce podsumowując historię tworzenia map a co się za nią kryje – porządkowania świata przez ludzkość. Sięgnął do czasów naszych jaskiniowych przodków, pogadał z Pliniuszem, odkrył związek map z religią, opisał żmudną pracę kartografów i matematyków, a także nowatorskich wydawców czy wreszcie podróżników, żołnierzy, kupców. Każda mapa opisana w tej książce ma swoją historię. Każdy element, który znajdziemy na mapie, ma swoją historię, często tragiczną. Oczywiście wiąże się to z odkryciami geograficznymi i rozwojem technologii, ale także ludzkimi marzeniami, żeby wykraczać poza granice świata. Także tego materialnego, bowiem solidny fragment poświęcony jest związkom map z religią, w szczególności z chrześcijaństwem. A my, czytelnicy…dowiadujemy się, jak to się stało, że na mapie pojawiły się te kreseczki i kolory, skąd się wziął globus i jak powstał pierwszy atlas. Jaki wpływ miały mapy na gospodarkę, jak wojny miały wpływ na mapy. Oglądamy mapy lotnicze, mapy dna oceanu, wreszcie czytamy o mapach satelitarnych i GPS, z którego pewnie korzystamy tysiące razy dziennie, absolutnie mimowolnie, nie zastanawiając się ani nad technologią ani nad tym, co doprowadziło do pytania – „a jakby tak móc w każdej chwili umiejscowić siebie na mapie”?

„Teatr świata” jest czasem suchy w opisie jak zleżały precel, czasem barwny i soczysty, ale nieodmiennie fascynujący. A na dodatek Znak zrobił dobrą robotę, bo wydał książkę przepięknie.

Tytuł: „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”

Autor: Thomas Reinertsen Berg

Wydawnictwo Znak

 

Królowie Wyldu – Nicholas Eames

Dobry, trochę ironiczny, trochę sentymentalny debiut fantasy.
Świat, w którym pełno jest agresywnych potworów. Ich zwalczaniem zajmują się profesjonalne grupy zabijaków. Pardon, zajmowały się, bo dawni bohaterowie albo nie żyją, albo mocno się zestarzeli, a nowi…no cóż…chodzenie tam, gdzie są potwory, jest przecież niebezpieczne, czyż nie? I po co tam chodzić, skoro można niebezpieczne zajęcie zamienić na w miarę bezpieczne i dobrze opłacane widowisko na arenie? Ze specjalnie hodowanymi potworami?
Clay Cooper był członkiem jednej z najsławniejszych grup, Sagi. Teraz jest szczęśliwym mężem i ojcem, pełniącym spokojną służbę strażnika miejskiego. Pewnego dnia u jego progu pojawia się jednak dawny lider grupy, Gabriel, prosząc o pomoc. Jego córka, Rose, postanowiła zostać najemnikiem, a teraz przebywa w oblężonym przez potwory mieście. Gabriel chce reaktywować Sagę i ruszyć na pomoc córce. Misja samobójcza, dlatego Clay odmawia. A potem słyszy od swojej córeczki „Tatusiu, a gdyby to chodziło o mnie, ruszyłbyś mi na pomoc?”. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak tylko wyruszyć z Gabrielem…
Po drodze kompani muszą zmierzyć się z czasem, który upłynął, jak to czas ma w zwyczaju. Odnaleźć kumpli z Sagi i skłonić ich do pomocy. Odzyskać magiczny miecz. Przemierzyć naprawdę niemiły las. I pokonać sporo potworów – a przed nimi jeszcze ta straszna ich horda, otaczająca gród, w którym przebywa Rose! Zginą. Zginą na pewno!
Trochę mi ta książka klimatem przypomina filmy ze starszymi mocno Arnoldem, Brucem czy sylwestrem. Wiecie, dawni herosi z jednej strony zadowoleni niby ze swojego życia a z drugiej…jednak tęskniący do czasów nieposkromionego szaleństwa, napierdalanki, pijaństwa, roztrzaskiwania łbów. Do czasów, kiedy świat był lepszy, bo dawniej wszystko było lepsze i jakieś prawdziwsze. Kojarzycie Bogusia Lindę śpiewającego ze Świetlikami „nigdy nie będzie takiego lata, tak pięknych dziewczyn, papieros nie będzie smakował tak jak kiedyś”? No właśnie. To ten klimat. Do tego dodajmy bohaterów trochę mądrzejszych, a może po prostu takich, którzy trochę lepiej wiedzą, co w życiu jest ważniejsze. Puenta jest taka sama – rzucanie się w totalna rozpierduchę, ale powód inny. Czy robi to jakąś różnicę? Ano znaczącą…
„Królowie Wyldu” bardzo przypominają klasyki fantasy i nie ukrywajmy, czerpią z nich pełnymi garściami. Drzewce, kradzież smokowi jego precjozów, bardzo mroczna puszcza, wielkie pająki…Ja zresztą trochę umarłam, kiedy przeczytałam w książce o Geralcie, Białym Wilkorze. To takie puszczanie dużego oka do czytelnika. Niejedyne zresztą, bowiem w powieści jest sporo takich rzeczy na pograniczu groteski. Nieumarły bard, który wiecznie obrywa, statek, którym poruszają się nasi bohaterowie, najbardziej jak już przypominający burdel a nie statek bojowy, mag, który wrogów powala śmiechem. Cały czas się ten humor trochę zwichnięty przeplata z nostalgią, a do tego nie brak w nim tego, co charakteryzuje dobre fantasy. Czyli potworów, walk, krwi i odcinanych kończyn. No i oczywiście prawdziwie filmowego, a’la amerykańskie kino, motywującego spiczu porywającego tłumy.
Zdecydowanie wykracza poza banał. A, i będzie dalszy ciąg. Ciekawe, ciekawe…
Tytuł: Królowie Wyldu
Autor: Nicholas Eames
Dom Wydawniczy Rebis

Najszczęśliwsza – Max Czornyj

Weź, przeczytaj, to fajny autor, thriller psychologiczny, lubisz? No lubię, takie guilty pleasure, nie samym reportażem człowiek żyje. A tak serio, to dobry thriller to kawał solidnej literatury i byle neptek go nie napisze, bo czytelnik idiota nie jest. Trzeba umieć budować napięcie, takie co to wiecie, niby nic się nie dzieje, a latają dreszcze po skórze, gdzie rzeczy są zupełnie inne niż nam się wydaje i my to niby wiemy, ale ni cholery nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego co pod spodem, a jeszcze zakończenie ma zwalić z nóg. No i Max Czornyj tak pisze, a przynajmniej taka jest „Najszczęśliwsza” i powiem wam, że to chyba najlepszy komplement, jaki mogę powiedzieć thrillerowi, ale na koniec osłupiałam i powiedziałam  WFT?

Bohaterem jest ekscentryczny i egocentryczny malarz odnoszący sukcesy. Któregoś razu żona, piękna i kochana zona oznajmia mu, że jest w ciąży. Dawid jest uszczęśliwiony. Snuje plany. A kilka minut później znajduje żonę martwą w restauracyjnej toalecie…

Kilka lat później Dawid Kaster już nie tworzy, ale też jakoś poradził sobie ze śmiercią zony. Ma kilka dziwactw – cały czas nosi na rękach rękawiczki i jest uzależniony od swojego tamagotchi. I tworzy związek  ze znacznie młodszą od siebie Magdą. W dniu, w którym dziewczyna wprowadza się do jego mieszkania, Dawid znajduje liścik od zony. Tylko że mógł on być napisany cztery lata temu… Chyba, że Ilona żyje? Nasz bohater rzuca się w wir poszukiwań, naciska policję, śledzi dawnego przyjaciela i jest coraz bliżej odkrycia prawdy…

Świetna fabuła – ogarnięty obsesją mąż,  poplątane motywy i wszystko sprawiające co najmniej dwuznaczne wrażenie. Bo może chodziło o morderstwo, a może główny bohater jest po prostu nieźle szurnięty? To ten nastrój, o którym pisałam na początku, kiedy wiesz, że coś tu jest mocno nie halo, ale nie jesteś w stanie uświadomić sobie, co…Zaczyna cię wkurzać obsesja bohatera, bierność policji, nawet dziewczyna, która obrywa bokami za zły humor – bohatera i czytelnika. Nerwowy nastrój potęgują jeszcze wstawki – fragmenty pamiętnika tajemniczej kobiety, ewidentnie jakiejś religijnej maniaczki, która nie może sobie poradzić z trauma z dzieciństwa. Próbujesz jako czytelnik połączyć kawałki układanki i kiedy ci się wydaje, że już… Czornyj ci to rozwala młotkiem i daje zupełnie inny wynik. To jest ten efekt WTF, autor pewnie chichocze w kułak a ja sobie mogę tylko pokiwać głową, że tak się dałam nabrać.

To moja pierwsza książka tego autora, którą czytałam i powiem, że jest mocno zakręcona, a momentami wchodzi w groteskę, wykraczając poza ramy thrillera. Dla mnie to się jednak broni, o ile czytelnik postanowi wejść w konwencję, a nie potraktuje wszystkiego bardzo serio. I to, że wcześniej nic Maxa nie czytałam chyba wyszło mi na plus, bo jak teraz paczam na recenzje na Lubimy czytać, to czytelnicy sprawiają wrażenie raczej obrażonych na autora. Ale też recenzje na tamtym portalu to jakość sama w sobie, if you know what I mean 😉

Tytuł: „Najszczęśliwsza”

Autor: Max Czornyj

Wydawnictwo Filia

 

 

Pani od obiadów.Lucyna Ćwierciakiewiczowa. Historia życia

Dobra, przyznaję, nie wiedziałam o niej za wiele. Poza znanymi anegdotami o tym, że jej przepisy zaczynają się na przykład od „weź czysta dziewkę kuchenną” (nawiasem mówiąc, żaden z przepisów pani Lucyny się tak nie zaczyna). Jednym słowem myślałam, że jej przepisy są mocno passe, a skierowane były do bogatych dam i włascicielek ziemskich majątków. I ku swojemu zdumieniu w książce Marty Sztokfisz znalazłam kobietę zdeterminowaną, upartą, nowoczesną, która uparła się uczyć współczesnych o zdrowym żywieniu (tak, nawet według naszych standardów) czy higienie. A także o kobieciej przedsiębiorczości czy wspieraniu rodzimego przemysłu. Już nie wspominając o tym, że Lucyna Ćwierciakiewiczowa była ze wszech stron kobieta nietuzinkową i nieskłonna do poddawania się konwenansom.

Z dużym kunsztem udało się Marcie Sztokfisz utworzyć zgrabną opowieść o kobiecie, w której oficjalnej biografii jest więcej dziur niż faktów. A podstawą było pytanie – kim była kobieta, która jako pierwsza w Polsce (choć przecież Polski nie było) tworzyła bestsellery i to bestsellery ponadczasowe, których egzemplarze przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie? Kim była kobieta – to także pochodzi z anegdoty – udała się większa sztuka niż Mickiewiczowi, czyli dotarła ze słowem pisanym pod strzechy? I to nie słowem pisanym i egzaltowanym, ale takim, którego celem była znacząca poprawa jakości życia. Bo dobre jedzenie, jak przekonywała Ćwierciakiewiczowa, to jednocześnie zdrowie, to szczęśliwa rodzina, to wreszcie nauka zarządzania czasem, przedsiębiorstwem, jakim było gospodarstwo domowe, wraz z jego pracownikami, to dobre kontakty towarzyskie.

Daleka jestem od sądzenia, tak jak pani Lucyna, że kobieta musi wyjść za mąż. Ale umówmy się, bohaterka książki i autorka popularnych kulinarnych poradników nie mogła być tak rewolucyjna, żeby całkiem się odkleić od czasów, w których żyła. A na czasy, w których żyła, była na wskroś nowoczesna. Rozwiodła się z mężem, który nie spełniał pokładanych w nim nadziei (i bynajmniej nie chodziło o miłość, bo pani Lucyna była osobą na wskroś praktyczną) i wróciła do Warszawy, do matki, nie bojąc się społecznego ostracyzmu. Zajęła się własna działalnością, jaką była publikacja książek i zarabianiem własnych, bardzo dużych zresztą pieniędzy wtedy, kiedy kobiety przecież bywały na utrzymaniu męża. I co ważniejsze, taka postawę – wzięcie spraw we własne ręce i zarobkowania, a także zdobywania wykształcenia, chociaż sama miała go niewiele, propagowała wśród kobiet.

Lucyna Ćwierciakiewiczowa nie była miłą osoba – była twarda, apodyktyczna, niektórzy uważali ją za arogancką. Ale ona uważała, że nie ma co chować się ze swoimi sukcesami, skromność nie jest czołową z cnót niewieścich (choć takie przecież było powszechne przekonanie). Dla mnie, kiedy czytałam książkę Marty Sztokfisz, pani Lucyna była pierwowzorem bizneswoman ki. Konsekwentnej i pracowitej, dążącej do celu, choć nie po trupach, bo pani Lucyna z równa konsekwencją dbała o najbardziej potrzebujących i biednych.

Oczywiście, „Pani od obiadów” nie byłaby pełna, gdyby nie znalazło się w niej trochę słynnych przepisów i cytatów z książek czy kalendarzy wydawanych przez Ćwierciakiewiczową. Część z jej porad jest zadziwiająco aktualna, część przepisów czyta się bardziej jak ciekawostkę (przy okazji jest to także piękny obraz XIX-wiecznej Warszawy), ale ze wszystkiego przebija się myśl przewodnia – to, co się robi, zawsze należy robić z sercem i dokładając jak najwięcej starań.

Zaskakująco ciekawa.

Tytuł: Pani od obiadów. Lucyna Ćwierciakiewiczowa. Historia życia

Autorka: Marta Sztokfisz

Wydawnictwo Literackie