Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos

Polski bohater narodowy, najlepszy z najlepszych, dowód w naturze na siłę sojuszniczej przyjaźni. I nie tak dawno bohater innej narodowej debaty, dotyczącej emerytalnych świadczeń dla członków rozmaitych służb. Mirosław Hermaszewski, generał. Pierwszy Polak w kosmosie. Znacie to nazwisko na pewno. Kto by w naszym kraju nie znał…

Nie tak dawno opisywałam tu książkę Toma Wolfe’a poświęconą amerykańskim astronautom i pierwszym lotom w kosmos. Tym razem przed wami „Cena nieważkości”, opisująca kulisy lotu Polaka w kosmos. Ten sam temat, dwie strony konfliktu, inna polityka, zupełnie inna mentalność bohaterów, inny, choć równie rewelacyjny sposób pisania. Oczywiście, o Mirosławie Hermaszewskim ale i o światowym bohaterze, pierwszym człowieku w kosmosie, Juriju Gagarinie. O polskiej polityce i zimnej wojnie, o tym, co przesądziło, że ta, a nie inna osoba poleciała w kosmos. Niby ta sama, a jednak zupełnie inna niż amerykańska bajka.

Trudno tę książkę uznać za zabawną, choć uśmiech nieustannie ciśnie się na usta. Może to przez to, że absurdy PRL-u odbieramy już głównie jako sceny z filmu Barei, pomijając jakby to, że chodziło przecież o ludzkie losy. A może przez to, że autorzy w tematykę niezwykle ponurą wprowadzili podskórnie lekki ton. Ten ton, którzy każe nam właśnie z uśmiechem traktować informacje o tym, jak działała potężna machina propagandowa, przekuwająca wszystko w sukces lub grzebiąca na wieki, tak jak to było ze śmiercią biednej Łajki. Trudno nam się powstrzymać od uśmiechu przy opisie, jak to po wylądowaniu astronautów do wnętrza pojazdu najpierw rzucały się służby porządkowe, a potem dopiero starannie wyselekcjonowane media. Wszystko po to, żeby ukryć ślady złego samopoczucia, bo przecież niemożliwym jest, żeby nadczłowiek z kosmosu, ten bohatyr nad bohatyre rzygał. A przecież rzecz jest niesamowicie poważna, bo Kortko i Pietraszewski rozgrzebują stare, polityczne sprawy – dlaczego to Hermaszewski poleciał w kosmos, a nie Zenon Jankowski? Kto i gdzie naciskał? Dlaczego to Czech, a nie Polak poleciał jako pierwszy obcokrajowiec w misji Interkosmosu? To niby reportaż o osiągnięciach cywilizacji, ale przede wszystkim o służbach, propagandzie, sile rosyjskiego niedźwiedzia i całej tej machinie, w której zwykły pilot był tylko zabawką. I o tym, że taką zabawką, maskotką komunistycznej propagandy został Hermaszewski do końca, jako członek WRON. Bo losy swoich bohaterów ciągną autorzy do końca.

Warto czytać książkę o Hermaszewskim zaraz po „Kowbojach, którzy polecieli w kosmos”, chociażby dla zestawienia szkolenia, procedur, traktowania pilotów. Są rzeczy wspólne, wciągające detale – choćby zachowanie żon pilotów w czasie pracy mężów. Ale są i nieprawdopodobne różnice. Chociażby ta, że wśród polskich kandydatów na kosmonautów bynajmniej nie umiejętności były najważniejsze, a…właściwe pochodzenie. No i książka pozwala na odkrywanie tajemnic – ten tajemniczy konstruktor, którego tak bali się Amerykanie, to Siergiej Korolow, wizjoner i genialny naukowiec, na zmianę wiezień i nadzieja przyszłości (jego życiorys to jedna z najbardziej fascynujących historii w książce).

Kortko i Pietraszewski mają zupełnie inny sposób pisania. Ale udaje im się uchwycić atmosferę – momentu startu, przygotowań, przaśności PRL-u przemieszanej z gorliwością socjalistycznych fanatyków, tworzenia się Solidarności. Rozmawiają z bohaterami, świadkami, grzebią po dokumentach, a udaje im się stworzyć historię wręcz nieprawdopodobną, zaskakującą i – co tu ukrywać – zrzucającą z piedestału pomniki.

Tytuł: Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos

Autorzy: Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Wydawnictwo Agora

Reklamy

Ostatni obraz Sary de Vos- Dominic Smith

On jest prawnikiem z rodziny, która od bardzo dawna posiada potężny majątek. Ale jego kariera utknęła w martwym punkcie, a żona popadła w depresję po dwóch poronieniach. I wtedy okazuje się, że na ścianie małżeńskiej sypialni, gdzie wisi cenny obraz holenderskiej malarki Sary de Vos, zawisła kopia. Kto ją zrobił i jak podmienił na oryginał? Marty de Groot rzuca się w wir poszukiwań, a tymczasem jego życie, jakby uwolnione od smutku uwiecznionego na obrazie, nabiera wreszcie tempa.

Ona jest młodą doktorantką, zafascynowaną kobiecym malarstwem holenderskim XVII wieku. Na życie zarabia konserwowaniem dzieł sztuki. Pewnego dnia wspólnik przychodzi do niej z propozycją namalowania kopii jedynego znanego obrazu Sary de Vos – pierwszej kobiety przyjętej do Gildii św. Łukasza, zrzeszającej holenderskim malarzy. Dla Ellie to niezrównana okazja do obcowania z dziełem tak dokładnie – poznawania jego struktury, wejścia w życie autorki, doskonalenie warsztatu malarza z XVII wieku. Wreszcie – jest to szansa na stworzenie czegoś własnego. Być może dlatego Ellie przymyka oczy na niejasne podejrzenia, że nie wszystko w zleceniu jest kryształowo czyste…

Dwoje ludzi z różnych środowisk połączonych jednym obrazem. Zdarzenie, które zmienia ich życie i wytrąca z utartych torów. Zaczyna ich łączyć nieprawdopodobna więź – złodziejkę i ofiarę, dwoje samotników odnajduje w sobie wzajemnie swoje pasje i fascynacje, zapomniane i zarzucone, bo życie, nauka, rodzice, żona, praca, pieniądze. Wstrząs, jakiego doznają, każe im podjąć wysiłek na nowo. Wszystko to wplata autor w opowieść o autorce obrazu. Sarze. Kobiecie niezwykłej, także wtłoczonej w ramy, przygniecionej swoją rolą matki, żony, gospodyni domowej, autorki martwych natur, podczas gdy w niej kryją się nieodkryte, nienamalowane twarze i sceny. W życiu Sary także to tragedia uwalnia to, co w niej ukryte, zakopane głęboko i zapomniane.

Najważniejsze w tej książce są obrazy, nie fabuła. Przymiotniki, nie czasowniki. Światło, nie słowo. Światła jest w tej książce najwięcej, a zaraz za nim ciągnie się muzyka, jazz podejrzanych barów, smak alkoholu i migdałów w cukrze. Ważne są w książce kolory, półcienie i blask. Lektura jest czymś w rodzaju spaceru po galeriach, zdecydowanie ważniejszym niż kryminalna, przecież, fabuła. Choć i w niej znajdziemy całe mnóstwo smaczków. Takich jak sposób prowadzenia aukcji dzieł sztuki czy też sztuczki stosowane przez fałszerzy. I tak, wszystko to oparte jest na rzeczywistych zachowaniach i metodach (warto przy okazji przeczytać wywiad z autorem na końcu książki, w którym Smith opowiada o swoim konsultancie od fałszerstw). Drobiazgowość jeżeli chodzi o detale z epoki, czyli XVII-wiecznego Amsterdamu to duży plus książki. Zresztą – Smith to znakomity detalista, a dbałość o szczegóły nie przysłania ostatecznego kształtu książki i jej myśli przewodniej.

Świetnie się czyta, nic dziwnego, że została bestsellerem.

Tytuł Ostatni obraz Sary de Vos

Autor: Dominic Smith

Dom Wydawniczy Rebis

Dobre matki. Kobiety, które przeciwstawiły się najpotężniejszej mafii świata

Mediolan. Miasto wspaniałych zabytków, jednej z najpiękniejszych na świecie katedr i mody. Miasto, w którym Lea Garofalo, zmęczona nieustanną ucieczką, postanowiła pogodzić się ze swoim mężem. Kiedy wyszła z nim, jej córka, 17-letnia wtedy Denise nie wiedziała, że w ciągu najbliższych godzin jej matka zostanie bestialsko zamordowana, a jej ciało zostanie spalone. Denise nie przypuszcza także, że w cztery lata później Lea i ona sama staną się symbolem walki z najpotężniejszą mafią świata – kalabryjską ‚ndranghetą.

Są książki przerażające bardziej niż najlepszy nawet horror – bowiem napisała je rzeczywistość. I tak przerażający jest reportaż Alexa Perry’ego, pokazujący historię kalabryjskiej mafii, sposoby jej działania, terror, jaki wprowadziła przede wszystkim w rodzinnej Kalabrii oraz to, w jaki sposób walczył z nią włoski wymiar sprawiedliwości. A przede wszystkim Perry pokazuje osoby, których działanie zachwiało w posadach ‚ndranghety, doprowadzając do rozsadzenia jej od środka. To trzy nazwiska: wspomniana już Lea Garofalo, Maria Concetta Cacciola oraz Giuseppina Pesce. Córki i żony mafiosów, które nie godziły się na życie w klatce, zafundowane im przez otoczenie. Które chciały lepszego życia dla swoich dzieci. Dwie z nich bunt przypłaciły życiem, ale ich odwaga zrobiła z nich symbole i dała odwagę kolejnym osobom. Powoli niewolnicy ‚ndranghety zaczęli przełamywać zmowę milczenia. Zeznawać. Obciążać. Przeciwstawiać się. I choć sama ‚ndrangheta ostatecznie nie została całkowicie zmieciona z powierzchni ziemi, o tyle poważnie nadszarpnięto jej interesy a przede wszystkim – legendę. Tę, która mówiła, że ‚ndranghetcie nie ucieknie nikt. Że jeśli się urodziłeś w Kalabrii, już na zawsze będziesz niewolnikiem mafii.

Perry w swojej książce, opisując powstanie ‚ndranghety opiera się na badaniach naukowych i źródłach historycznych. Opisując sposób jej funkcjonowania, sprawy „dobrych matek” oraz pracy wymiaru sprawiedliwości bazował na nieskończonych i dokładnych materiałach sądowych, a także rozmowach z osobami, które uczestniczyły w tamtych wydarzeniach. Takich jak Alessandra Cerreti, prokuratorka z Sycylii, należąca do zespołu rozpracowującego ‚ndranghetę czy prawniczki reprezentujące trzy główne bohaterki tej książki. Powstał z tego wstrząsający materiał o zbrodni, której ofiarami są przede wszystkim mieszkańcy Kalabrii, a wśród nich szczególnie kobiety. Bo tak, książka ma feministyczny wydźwięk. Dla mafiozów z ‚ndranghety kobiety były rzeczami, kupowanymi lub porywanymi jako 13-latki, jako żony trzymane pod kluczem, pozbawione możliwości edukacji czy pracy, ofiary przemocy, karane śmiercią za najdrobniejsze „przewinienie” wobec „honoru” rodziny. Nic dziwnego, że to właśnie wśród tych najsłabszych i najgorzej traktowanych znalazło się kilka tych, w których aparat opresji pobudził nie strach, a bunt. Poparty troską o własne dzieci.

Perry opisuje bez ogródek nie tylko działalność mafii, ale także błędy wymiaru sprawiedliwości, takie jak np. pozostawienie zeznań Lei Garofalo bez ciągu dalszego i pozbawienie jej statusu świadka koronnego. Dziennikarz bez ogródek wspomina też o korupcji w policji czy administracji, o popełnianych w czasie śledztw błędach czy przeoczeniach. Ale opisuje też dosyć niekonwencjonalne metody walki z mafią – dotarcie do mafijnych kobiet, obsesję Alessandry Cerreti czy specyficzny program resocjalizacji nastoletnich członków mafii, który polegał na wywożeniu ich daleko od Kalabrii oraz…pokazywaniu innego życia. Bowiem siłą ‚ndranghety było przekonanie wszystkich, że żyć poza jej strukturami się nie da.

Doskonały, przerażający dokument.

Tytuł: Dobre matki

Autor: Alex Perry

Wydawnictwo Znak

Dziwna pogoda – Joe Hill

Kiedyś mój szef w gazecie dał mi radę : tekst skrócony o połowę podwójnie zyskuje na wartości”. Co prawda rada dotyczyła pracy w newsroomie, ale dotyczy także nowel. Tu każde słowo ma znaczenie, im ich mniej, tym bardziej precyzyjny jest przekaz. Krótki tekst musi być jak nóż – albo szpada, albo miecz, wybierzcie sobie dowolną broń białą – ostry i zabójczy. Nie ma czasu na powolne podrzynanie tętniczek. Tak, wiem, że zaczęłam makabrycznie, ale jak tu nie wejść w taki klimat, skoro recenzja dotyczy Joe Hilla?

„Dziwna pogoda” to cztery właśnie ostre jak brzytwa opowiadania, w klimacie od horroru przez science-fiction po thriller psychologiczny. Są zjawiska paranormalne a’la „strefa mroku” – w „Zdjęciu”, coś w rodzaju UFO we „Wniebowziętym”, zemsta szalonego naukowca i ogólnoświatowa apokalipsa  w „Deszczu” czy wreszcie pozornie „najnormalniejszy”, tylko uzależniony od broni bohater „Naładowanego” (choć czuje się tutaj delikatne sugestie istnienia demonicznej broni, która rządzi właścicielem). A co ważniejsze, w tej rozrywkowej formie Joe Hill po mistrzowsku rozgrywa bardzo aktualne tematy. Obsesję Amerykanów na punkcie broni, co prowadzi do wielu tragedii (ale nie powoduje bynajmniej zakazu posiadania niebezpiecznych przedmiotów). Rasizm, nawet jeśli przykryty poprawnością polityczną.  Feminizm i homofobię. Ksenofobię i paraliżujący lęk przed atakami terrorystycznymi islamistów. Ograniczenia wolności. Opiekę nad osobami starszymi i chorymi.

Oczywiście, można te cztery nowele odczytać powierzchownie – jako świetne opowiadania z ciekawymi pomysłami i doskonałą realizacją. Na pewno jednak trzeba docenić umiejętność budowania scenografii, odwołującą się do najlepszych wzorców – chodzi na przykład o apokaliptyczną wizję świata po zagładzie w „Deszczu” czy finałową scenę w „Naładowanym”, coś w rodzaju krwawej jatki od Tarantino, na dodatek skąpanej w dymie wszechobecnych pożarów. Albo poczucie nieustannego zagrożenia, coś jak wzrok utkwiony w karku w „Zdjęciu”. No i budowanie napięcia, od pierwszego słowa po puentę. Tu musi być szybko, bez zbędnej przerwy na zaczerpnięcie oddechu. Zerkasz na pierwszą stronę, wciskasz gaz do dechy i …miejmy nadzieje, nie zatrzymasz się na murze.

Dodatkowym smaczkiem są ilustracje w książce – choć nie ma ich wiele, każda tylko podkreśla nastrój. Każde opowiadanie zyskało rysunki od innego artysty – Gabriela Rodrigueza, Zacha Howarda, Charlesa Paula Wilsona III i Renae de Liz.

Tytuł:  Dziwna pogoda

Autor: Joe Hill

Wydawnictwo Albatros

Kobiety i władza – Mary Beard

Kluczem do tej książki jest zdanie (umieszczone zresztą bardzo celnie na okładce) – „Nie da się łatwo wpasować kobiet w strukturę zaprogramowaną jako męską – trzeba tę strukturę zmienić”.

To nie jest taki manifest feminizmu jak „Druga płeć” czy tak wstrząsająca wizja jak „Opowieści podręcznej”. To raczej dobitne, zwięzłe wypunktowanie dwóch spraw – kobiety w kulturze pozbawione są prawa do głosu. A ponieważ nie mają głosu, nie są też dopuszczone do władzy. W takim sensie, w jakim widzą ją mężczyźni, czyli stanu posiadania.

Mary Beard jest filolożką klasyczną. Analizuje obecne w kulturze genderowe (to straszne słowo!) motywy i pokazuje zjawisko pozbawiania kobiet głosu, deprecjonowania ich wypowiedzi, pozbawiania znaczenia czy fachowości. Począwszy od Odysei, w której niedorosły Telemach w obliczu zgrai zalotników każe swojej matce po prostu się zamknąć (w jej własnym domu), przez greckie i rzymskie mity aż po współczesne praktyki hejtu w internecie pokazuje mechanizm „uciszania” kobiet. Oraz tego, jak kobiety, których co prawda u władzy wciąż jest mało, ale i tak jest ich więcej – radzą sobie w patriarchalnym, pełnym dla nich pogardy świecie. To przyjmowanie pozy Meduzy lub mężczyzny, wreszcie niewiara (samych kobiet), że kobieta może zrobić coś wartościowego i tego nie spieprzyć. Sięga tutaj też autorka po współczesne przykłady kobiet u władzy: Margaret Thatcher, Theresę May, Hilary Clinton czy Angelę Merkel.

To maleńka książeczka, na którą składają się dwa wykłady i posłowie – zaledwie 120 stron. Napisane spokojnym, wyważonym tonem, bardzo stanowcze w opiniach. Zwięzłe, bo wszak forma mówiona (nawet, jeśli przekształcona w pisaną) rządzi się innymi prawami i nie toleruje rozwlekłości. Jest krótko, zwięźle, na przykładach, analiza i puenta. Którą jest po pierwsze stwierdzenie, że głos kobiet wszędzie, w każdej dyskusji, a tej dotyczącej władzy zawsze jest deprecjonowany. Po drugie – że w publicznej dyskusji istnieją podwójne standardy i kobieta nie dość, że musi się znacznie bardziej starać, to jeszcze jej potknięcia są znacznie surowiej osądzane i to takie jako stanowiące wynik jej wrodzonych cech, a nie zewnętrznych okoliczności. Po trzecie – jak bardzo kobiety, które odważają się mieć własne zdanie, narażone są na agresję. Po czwarte – że władza w rękach kobiet oznacza zupełnie coś innego niż władza mężczyzn. I po piąte – zdanie przytoczone przeze mnie na początku, że żeby kobiety zyskały władze, nie mogą się wpasowywać w reguły męskiego świata. Muszą zbudować świat według reguł własnych.

Erudycyjnie, ale prosto i klarownie.

Tytuł: Kobiety i władza. Manifest

Autorka: Mary Beard

Dom Wydawniczy Rebis

Józef Rotblat, zapomniany polski noblista

Człowiek, który rozpowszechnił postawę, że naukowcy są odpowiedzialni za to, co ludzkość zrobi z ich wynalazkami. Genialny naukowiec, który brał udział w pracach nad bombą atomową – i porzucił swoją dziedzinę właśnie dlatego, że bomba została zbudowana. Do końca swojego życia walczył o pokój na świecie i zaniechanie wyścigu zbrojeń, za co otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Urodzony w Polsce, w Warszawie, choć pokażcie mi Polaka, który wymieni jego nazwisko wśród polskich noblistów.

Józef Rotblat – tak nazywał się ten człowiek, któremu wróżono najwyższe Nobla z fizyki. Czas chciał jednak inaczej. Żydowskiego pochodzenia, na swoje szczęście w dniu wkroczenia niemieckich wojsk do Polski przebywał w Wielkiej Brytanii na stypendium. I tam już został. Ściągnięty do amerykańskiego projektu Manhattan pracował nad bombą atomową z największymi umysłami tamtych czasów. I z pracy tej zrezygnował, wracając do Wielkiej Brytanii. I ostatecznie przyjmując brytyjskie obywatelstwo, bowiem w Polsce nie trzymało go już nic. Ukochana żona zginęła w Holocauście a ci z rodziny, którzy ocaleli, przestali być w naszym kraju mile widziani. Posądzano go o sympatyzowanie z komunistami i szpiegostwo. Nieustannie znajdował się pod obserwacją służb – amerykańskich, brytyjskich, polskich i rosyjskich. Jego życiową misją stał się założony wraz z Bertrandem Russelem ruch Pugwash – porozumienie naukowców całego świata przeciwko wojnie atomowej.

Książka Marka Górlikowskiego to nie tylko reportaż o tym kompletnie niemal zapomnianym w Polsce wielkim człowieku. To także dokument o sławach nauki i genialnych odkryciach, pracy nad wciąż tajemniczym dla nas projekcie Manhattan oraz dwóch bombach, które przesądziły o losach II wojny światowej, niszcząc Hiroshimę i Nagasaki. Jednak to nie tylko to – Górlikowski przedstawia atmosferę przedwojennych Nowolipek i Warszawy w czasie wojny. Ze szczególnym uwzględnieniem losów Żydów – i bardzo to niemiły dla Polaków reportaż, bo potwierdza polski antysemityzm, silny przed wojną i jeszcze silniejszy po wojnie. Autor świetnie oddaje atmosferę naukowych laboratoriów i klimat towarzyszący pracy Rotblata – wszędzie obcego, niemal wszędzie podejrzanego. Oczywiście, dla nas najbardziej fascynujące będą fragmenty poświęcone pracy w Alamo, ale tu także Górlikowski dodał szerszy background w postaci antykoministycznej amerykańskiej histerii i zimnowojennych zabiegów rozmaitych mocarstw. No i wreszcie – ruch Pugwash. Czym był, kto i dlaczego go założył, co udało się dzięki niemu osiągnąć. W wielkie sprawy i wielkie odkrycia wplata autor rzeczy dotyczące samego Rotblata i jego rodziny. Że zawsze szybko chodził, że miał najtańszy z możliwych zegarków, że nigdy sobie nie darował, że zostawił żonę w Polsce.
To niezwykle szczegółowy, przekonujący portret wielkiego i jednocześnie nadzwyczaj skromnego człowieka, który uparł się, żeby zmieniać świat – i udawało mu się to. Książka napisana jest fantastycznym językiem, trudno się od niej oderwać – być może także obfitym materiało, do których udało się dotrzeć Górlikowskiemu To tajne akta FBI i polskiej bezpieki, archiwum noblisty w Londynie i Cambridge, wreszcie rozmowy z bliskimi i współpracownikami Rotblata.

Kawał solidnej, dziennikarskiej roboty, wciągający bardziej niż niejeden thriller.

Tytuł: Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój
Autor: Marek Górlikowski
Wydawnictwo Znak

Bez słowa – Rosie Walsh

Sarah od lat unika domu rodzinnego. Przeprowadziła się nawet na inny kontynent. Kiedy jednak podczas wakacyjnego pobytu spotyka Eddiego, jej nastawienie się zmienia. Spędzają ze sobą tydzień i Sarah wie, że to ten mężczyzna i że to, co ich łączy, przetrwa na zawsze. Muszą się rozstać, ale obiecują sobie utrzymywać kontakt i znaleźć sposób na wspólne życie. Tylko że nadszedł czas na powrót Eddiego z wakacji a mężczyzna się nie odzywa. Nie odpowiada na wiadomości, nie dzwoni… Milczenie przyjaciele Sarah kwitują tylko kiwaniem głowami i radzą, żeby kobieta dała sobie spokój. Jednak Sarah nie potrafi odpuścić.

Na początku wyglądało to na typowy romans, kiedy to potrzebująca uczucia kobieta zaczyna popadać w paranoję. Nie rozstaje się z telefonem, śledzi ślady wybranka na portalach społecznościowych, kontaktuje się z jego przyjaciółmi. Jednak nie, „Bez słowa” to nie thriller o zawiedzionej uczuciowo stalkerce. Ale książka obyczajowa o skomplikowanych relacjach rodzinnych, w których na czołowe miejsce wysuwa się poczucie winy. I zadawnione urazy o niszczycielskiej mocy.

Książka trochę…niespójna jeśli chodzi o konstrukcję psychiczną postaci, zwłaszcza głównego bohatera, którego poznajemy jako stanowczego, spokojnego, zrównoważonego i nastawionego optymistycznie do świata, a w drugiej części – rozedrganego, niepewnego i niekonsekwentnego. Choć właściwie nie chodzi mi o sam fakt, bo wiele razy zdarzyło mi się poznać osoby na wierzchu spokojne i opanowane jak tafla jeziora i przysłowiowy kwiat lotosu na niej, a pod spodem będące kłębkiem nerwów. Raczej chodzi mi o pewną niezręczność konstrukcyjną. Z części, gdzie narratorką jest Sarah przechodzimy do części, gdzie opowiadającym jest Eddie i obrazy mężczyzny z obu tych części są ze sobą sprzeczne.

Jest w książce trochę zaskakujących i dramatycznych zwrotów akcji choć niektóre fabularne rozwiązania są banalne. Od razu się przyznam, że zajrzałam na koniec, co znacząco zepsuło mi niespodziankę przygotowaną przez Rosie Walsh (nie róbcie tego – choć wiem, że w tym momencie kazałam wam nie myśleć o różowym słoniu). Nawet jednak znajomość rozwiązania nie uchroniła mnie przed dreszczem niepokoju w najbardziej strategicznym momencie, co tylko świadczy o umiejętności budowania napięcia przez autorkę.

Wcale się nie dziwię, że książka jest bestsellerem w kilku krajach, bo to klasyczny wyciskacz łez i nawet ja trochę poobgryzałam pazurki. Jednym słowem – lekka rozrywka na parę godzin czytania.

Tytuł: Bez słowa

Autorka: Rosie Walsh

Wydawnictwo: Zysk i s-ka