Norman Davies – Podróż historyka przez historię

Podróż w przestrzeni i czasie, odbywana przez najpopularniejszego współczesnego historyka, łączącego naukową dokładność z umiejętnością opowiadania urodzonego gawędziarza. Od Azerbejdżanu przez Emiraty, Kuala Lumpur, Singapur, Mauritius, Tasmanię, Nową Zelandię po Teksas, Nowy Jork, Maderę i Frankfurt.

Co łączy te wszystkie miejsca? Kolonializm. To, jak polityka i ekspansja krajów europejskich wpłynęła – i czy wciąż wpływa na tereny, które kiedyś były koloniami. Kolonializm Davies traktuje szeroko, nie ograniczając go, co jest pewną nowością, tylko do krajów tzw. „zachodniej Europy” i ich kolonii zamorskich. Kolonializmem są dla niego czasy i praktyki sowieckiej Rosji – współczesnej zresztą też – wobec krajów znajdujących się w sferze wpływów. Przejawem skrajnego, barbarzyńskiego kolonializmu są dla niego rozbiory Polski. Mechanizmy kolonializmu odnajduje także w podstawach funkcjonowania państw nowych, takich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie i ich polityce imigracyjnej. Wszędzie tam, gdzie jedno traktują gorzej drugich, narzucając im sposób życia i własne obyczaje. Ze skutkami często dramatycznymi, jak chociażby wspomniany przez Daviesa w książce los Aborygenów z Ziemi Van Diemena, z których nie przeżył żaden. I to po to, żeby Brytania mogła na wyspie zrobić wygodne (oczywiście nie dla ukaranych) więzienie.

Tym, co wyróżnia tę książkę jest to, że Davies wspomnianą podróż odbył. Powodem było prowadzenie wykładów o imperiach i kolonializmie, co stało się pretekstem do odwiedzania przedziwnych miejsc. Oczywiście oficjalnych przyjęć i spotkań, ale także rozmów, czy też prób rozmów z miejscowymi. Z jednej strony w książce widzimy historyka i analityka, z drugiej, co daje zabawny efekt, nieco zagubionego turystę, walczącego z wizami, niezbyt uprzejmymi urzędnikami paszportowymi Azerbejdżanu, kapciami w dziwnych muzeach, tuk tukami i stekami z kangura.

Spojrzenie naiwne, osobiste, żartobliwe, często zdziwione przeplata się z analizami politycznymi, historycznymi i gospodarczymi. Davies nie ucieka od tematów, nie chowa głowy w piasek przy nieustannych kontrowersjach religijnych i światopoglądowych. Jeśli jest konflikt spojrzeń – przedstawia ten konflikt. Pokazuje – ci mówią o nich bohaterowie, dla tamtych to oprawcy. Traktuje czytelnika jak słuchacza swoich wykładów. Jest gotów do dyskusji i przemyślenia własnego zdania. Ale też trzeba się przygotować na to, że jeśli ma się o czymś wysokie mniemanie, to Davies, jeśli tylko znajdzie dowód, bez obaw je podważy.

Oczywiście że jest to książka poważna. Ale jest też prawdziwą kopalnią mało znanych historii – jak na przykład ta o niezwykłych podróżnikach z czasów odkryć geograficznych, kto pobił rekord podróży w 80 dni dookoła świata, ile wystrzałów z armaty przysługuje danemu radży na powitanie, co jedzą na Mauritiusie, która z australijskich wysp była tą, na której Guliwer spotkał się z Liliputami. To prawdziwe podróżowanie, z ciekawością w oku i gotowością poznania nowego. Dla Polaków może być też o tyle ciekawa, że Davies, prawdziwy polonofil, gdzie tylko się da wtyka porównania z sytuacją historyczną, polityczną czy gospodarczą Polski. Miło mieć takiego ambasadora w świecie.

Prawdziwie renesansowa książka.

Tytuł: Na krańce świata. Podróż historyka przez historię

Autor: Norman Davies

Wydawnictwo Znak

Reklamy

Gwiezdne wojny od kuchni. Pamiętnik księżniczki Lei

Cudownie sarkastyczna, pełna dystansu do siebie i zgryźliwego humoru. Carrie Fisher, nieżyjąca już niestety aktorka, która zagrała najsłynniejszą księżniczkę universum – Leię. Zagrała ją trochę przez przypadek, w filmie, który miał być niskobudżetową, niszową produkcyjką – i stała się ikoną. Jak wspomina cierpko, trochę ze zgrozą, trochę ze śmiechem – nigdy nie myślała o tym, że jej obraz będzie obecny w tylu chłopięcych fantazjach erotycznych.

„Pamiętnik księżniczki” to taki bliski kontakt z Carrie, która wspomina strategiczny moment swojego życia. Taki, po którym już nigdy nie mogła być aktorką w innym filmie, nie mogła być też po prostu Carrie. Przekleństwo idiotycznych precli z włosów przy uszach, wybranych trochę buntowniczo, trochę przypadkowo, ciągnęło się za nią już do końca życia. Chociaż bo ja wiem, czy przekleństwo? W końcu Leia była księżniczką, z którą znacznie bardziej mogła się utożsamiać dziewczynka taka jak ja – a nie te wszystkie mimozy w różowym czekające w wieży, najlepiej śpiąc.

Książka składa się z trzech części – wszystkich pisanych w pierwszej osobie, przez bohaterkę i autorkę jednocześnie. Pierwsza – to trochę wspomnień o sławnych rodzicach, nastoletnim zagubieniu i przypadkowym wyborze drogi życiowej, czyli szkole aktorskiej. Do czego jeszcze większy przypadek sprawił, że Fisher brała udział jednocześnie w przesłuchaniach do dwóch filmów. „Gwiezdnych wojen” i horroru „Carrie”. I oto dziewiętnastolatka, która chciała, żeby wszyscy ją lubili, z niemal zerowym doświadczeniem w kontaktach z płcią przeciwną, która nie miała doświadczenia nawet w piciu alkoholu znalazła się na planie filmowym z prawie samymi mężczyznami. Niemal jak owca na rzeź. Skończyć się musiało jakimś nieszczęściem – i oczywiście skończyło. Romansem ze znacznie starszym, na dodatek żonatym partnerem, Harrisonem Fordem. Romansem, który dla dziewczyny był zdecydowanie bardziej poważny niż dla niego. Fisher – po raz pierwszy rozwiewa w książce plotki i domysły, pisząc bez ogródek i tym dziwnym, milczącym związku. Opisuje Forda z czasów kręcenia filmu, takiego, jak go zapamiętała, bardzo osobiście. Smaczku dodaje druga część książki, czyli właściwy „pamiętnik księżniczki”. Bo Carrie Fisher w tamtych czasach pisała pamiętnik: trochę wrażeń, dużo przemyśleń, trochę wierszy. Te kartki odnalazła po kilkudziesięciu latach i to one właśnie znalazły się w książce. Jako niesamowite zderzenie perspektywy dorosłej Carrie z jej kilkadziesiąt lat młodszą, naiwną wersją. Natomiast trzecia część to opis – mocno szczątkowy, ograniczony – życia dojrzałej Carrie, która zmaga się z wynikłymi z własnej lekkomyślności problemami finansowymi i mierzy się z własną legendą. Szczególnie podczas spotkań z fanami. Tymi dorosłymi, zwłaszcza mężczyznami, którzy robią jej rozmaite wyznania, których Fisher może jednak nie chciałaby sobie doprecyzowywać. I z tymi młodymi, a nawet bardzo młodymi, którzy nie mogą przyjąć do wiadomości, że księżniczka Leia mieści się w tej pomarszczonej skorupie. Dużo tu autoironii i szczerości, ponurego humoru, dystansu do siebie, sławy, celebryctwa i świata.

Tytuł: „Pamiętnik księżniczki”

Autorka: Carrie Fisher

Wydawnictwo Znak

Harlan Coben jak Batman

Dwaj sześcioletni chłopcy zostali uprowadzeni z domu jednego z nich i zginęli bez śladu. Po 10 latach jest szansa na ich odnalezienie. Jeden z chłopców znajduje się bowiem na ulicach Londynu, choć w dość podejrzanych okolicznościach. Win Lockwood, który natrafił na ślad zaginionego, prosi o pomoc przyjaciela, Myrona Bolitara. Jednak odnalezienie chłopaka to dopiero początek śledztwa…

 

Wielbiciele serii z Myronem Bolitarem pięć lat czekali na nową książkę z nim w roli głównej i mogę sobie wyobrazić, jaką frustrację przeżywali. Ta detektywistyczna para nawiązująca do najlepszych wzorców jest absolutnie wspaniała. A te wzorce to oczywiście Sherlock Holmes i doktor Watson (wspominani w książce wprost), choć Myron Bolitar jest znacznie bardziej aktywny i inteligentny niż Watson. Z kolei Win zdecydowanie bardziej niż Sherlocka przypomina komiksowego Batmana z nieprawdopodobnym arsenałem środków w postaci limuzyn i prywatnych odrzutowców, z brzytwami w rękawach płaszczy od najlepszych krawców. Komiksowy sznyt uzupełniają pomocnice Myrona, dawne zawodniczki damskiego wrestlingu, z których jedna wprost prowadzi inwigilację na ulicach Nowego Jorku przebrana w kostium Batgirl. Jednak, choć „W domu” ociera się o kicz i produkcję klasy „B”, nie zmienia to faktu, że jest dobrym thrillerem, z mocno zaskakującą puentą. Cały ten barwny, cyrkowy kostium, agent Mossadu ubrany w damskie fatałaszki, ale z gęstą brodą, hackerzy z namiętnościa do futbolowych rozrywek raczej tylko podkreślają dramatyzm sytuacji. Jest napięcie – oddech, napięcie – oddech. Podobny zabieg zresztą stosują popularne seriale kryminalne, np. z serii NCIS, gdzie zawsze znajdzie się genialny dziwak rozładowujący humorem czy skojarzeniami poważną sytuację. No i oczywiście, równie ważne jak akcja i śledztwo jest prywatne życie bohaterów. Ci, którzy lubią serię, z przyjemnością pewnie dowiedzą się, że Myron…Ha! Nie powiem, czytajcie sami.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, jakim cudem seria z Bolitarem mi umknęła, ale czytając „W domu” bawiłam się tak dobrze, że na pewnie sięgnę po poprzednie książki. Znając życie, znajdę je na półkach u własnej mamy, która jest wielbicielką Cobena 🙂

Tytuł: „W domu”

Autor: Harlan Coben

Wydawnictwo Albatros

Cudowny chłopak, R. J. Palacio

Czyż nie każdy z nas marzy, żeby ludzie oceniali go przez pryzmat tego, kim jest, a nie jak wygląda, jaki ma kolor skóry czy ile ma pieniędzy? Niezwykle ciepła historia Augusta pokazuje, że wbrew przeciwnościom udaje się to osiągnąć.

Wszyscy potrzebujemy pozytywnych, może trochę naiwnych ale budujących historii, prawda? Być może dlatego historia Augusta Pullmana zyskała sobie taką popularność. Książkę bowiem sprzedano w ponad 6 milionach egzemplarzy w 45 krajach, polecają ją kolejne znane osoby (np. Nicolas Sparks) no i oczywiście sięgnęła po nią filmowa fabryka snów, produkując obraz z Julią Roberts w roli głównej. No i już wiadomo, że zarobiła na tym miliony dolarów. Przez ponad 5 lat książka utrzymywała się na liście bestsellerów „New York Timesa” a magazyn „Time” uznał ją jedną ze 100 najlepszych powieści dla młodzieży wszech czasów. Imponujące, prawda?

A o czym jest „Cudowny chłopak”? O Augiem, chłopcu, który urodził się z niezwykle rzadkim zlepkiem genetycznych odstępstw, co sprawiło, że jego twarz wygląda inaczej. Niektórzy powiedzieliby, że potwornie. August jest niesamowitym, inteligentnym, zabawnym dzieciakiem, który zdaje sobie sprawę, jak działa na ludzi. Jedni się go boją, inni wyśmiewają. Dlatego kiedy rodzice oznajmiają mu, że pójdzie do normalnej szkoły, August stanowczo protestuje. Udaje się go jednak przekonać, a szkolna rzeczywistość staje się dla niego ciężkim wyzwaniem. I powoli, czasem niepostrzeżenie, a czasem gwałtownie, August zmienia życie tych, których tu spotka. Jedni pokazują swoją brzydką, ukrywaną do tej pory twarz, znacznie brzydszą niż ta Augusta. Jeszcze inni znajdują w sobie odwagę, o jakiej nigdy nie marzyli. Sam August stawia czoła swoim lękom i fobiom, budując także na nowo swoje relacje z rodziną.

Książka wyraźnie skierowana jest do młodego czytelnika, pisana z punktu widzenia młodych bohaterów – Augusta, jego siostry i przyjaciół. Stąd też może wspomniana przez mnie lekka naiwność formy, chociaż nie treści. Nie od parady w pewnym momencie przypomina się historię „Człowieka- słonia” – niesamowicie wrażliwego, inteligentnego człowieka, który był cyrkowym dziwadłem i przedmiotem eksperymentów. Augusta również świat potrafi potraktować z całym okrucieństwem i surowością, choć R.J. Palacio łagodzi to, co chyba wiemy, jakie potrafi przybrać formy. Nękania, okrucieństwa, psychicznego i fizycznego. Zresztą, elementy takiego psychicznego znęcania się czy ostracyzmu przez część społeczności szkolnej nie tyle Augusta, co jego przyjaciół, mamy także w książce. Przekaz jednak polega na tym, że w „Cudownym chłopaku” bohaterowie potrafią w sobie znaleźć siłę i samozaparcie, aby przeciwstawić się ogółowi. I – niespodzianka – zmienić sytuację. Bardzo podoba mi się to, co autorka daje do zrozumienia: że jeśli będziemy głęboko wierzyć w słuszność tego, co robimy i będziemy w tym uparci, to nawet kamyczek może zmienić świat.

Tytuł: „Cudowny chłopak”

Autorka: R. J. Palacio

Wydawnictwo Albatros

Jak być genialnym tłumaczem? 444 wiersze według Stanisława Barańczaka

Na początek roku tomiszcze, które trzeba mieć, z kilku powodów. Bo zawiera przepiękne wiersze. Bo jest historią XX-wiecznej poezji angielskiej. I wreszcie, co dla mnie osobiście najważniejsze – autorem przekładu tych wierszy jest Stanisław Barańczak. Utalentowany poeta i równie natchniony tłumacz. Natchniony i nieziemsko pracowity, należałoby dodać, bo mało który polski tłumacz ma za sobą tak imponujące osiągnięcia.

 

Z przekładami Barańczaka zetknęłam się po raz pierwszy w szkole średniej, kiedy zafascynowała mnie twórczość Szekspira – i czytałam kolejne dramaty, a potem sonety właśnie w przekładzie Barańczaka. Te 25 dramatów zresztą to zaledwie przygrywka do dorobku Barańczaka, bo ma on za sobą kilkadziesiąt tomów przekładu poezji angielskiej, z największymi jej tuzami, takimi chociażby jak Hardy, Frost, Keats, Auden czy Dickinson. Barańczak wydawał antologie poezji angielskiej, poezję absurdu a nawet wiersze dla dzieci czy piosenki Beatlesów i Cole’a Portera (a co ważniejsze tłumaczonych tak, żeby można je było śpiewać). Zresztą, tak nawiasem mówiąc, tłumaczenia z angielskiego to wcale nie jedyna translatorska działalność Barańczaka, bo tłumaczył i z węgierskiego, rosyjskiego, niemieckiego. I nieustająco mnie nurtuje pytanie – jak on na to wszystko znalazł czas? I to żeby tłumaczyć w sposób tak doskonały? Bo umówmy się, jego praca wyznaczyła poziom polskiego translatorstwa. Takiego, w którym wcale nie najważniejsze jest dokładne tłumaczenie, słowo w słowo. Wierzę głęboko, że w tym przypadku Barańczakowi w pracy pomagał Barańczak-poeta. Zresztą – o czym nawet wspomina w posłowiu do książki Magda Heydel, w jego słynnym „Małym, lecz maksymalistycznym manifeście translatologicznym” Barańczak opublikował dwie zasady tłumacza. Zakaz pierwszy: nie tłumacz wiersza na prozę i zakaz drugi: nie tłumacz dobrej poezji na złą poezję.

Wobec powyższego jedno jest pewne – w tej książce złej poezji nie znajdziecie. Ja jej zresztą interpretować nie zamierzam, bo po pierwsze w książce są sami znani poeci i wyważać otwartych drzwi nie będę a po drugie uważam, że poezję należy przede wszystkim czuć. A jej jedyny właściwy odbiór, którego nijak i nikomu przekazać nie można, to ten, „co ten wiersz ze mną robi”. Jak się czuję czytając? Po przeczytaniu? Czy podoba mi się rytm, melodia, a może żart? W tym tomie dla mnie jest ważne, że jest tam kilku moich ulubieńców, na przykład Robert Frost, E.E. Cummings, W. H. Auden i Dylan Thomas. Różni, choć bynajmniej ta antologia nie wyczerpuje historii XX-wiecznej poezji angielskiej (gdyby miała wyczerpywać, byłaby znacznie grubsza, a i tak jest to solidne tomiszcze). Zresztą nie o to chyba chodziło, a o swoisty dialog czy też może raczej utwór na orkiestrę, w której każdy z twórców, ze swoim własnym słownym instrumentem odgrywa własną linię melodyczną, wzbogacając i podkreślając pozostałych. To chyba też raczej to, co Barańczak uważał za kanon współczesnej angielskiej poezji i jako taki stanowi swoisty przyczynek do portretu tłumacza.

Dla mnie rzecz, którą należy mieć i trzymać obok łóżka, do sięgnięcia w każdej chwili.

Tytuł: 444 wiersze poetów języka angielskiego XX wieku

Tłumaczenie: Stanisław Barańczak

Wydawnictwo Znak

Najwspanialsze wakacje – Lato z rabusiami, Siri Kolu

Rabusie, którzy cenią sobie cukierki a nie pieniądze (zwane też przez nich „mysimi pierdami”)? Rodzina, która niezdrowo się odżywia, spędza ze sobą mnóstwo czasu i ma mnóstwo wyrozumiałości dla swoich słabostek? Oto rodzina Rabusińskich!

Przezabawna książeczka, będąca skrzyżowaniem „Ronji, córki zbójnika” z przygodami Pippi. Nikt tu nikomu nie robi krzywdy, za to dużo czasu spędza się zgodnie ze swoimi upodobaniami. Bohaterowie spełniają marzenia i co ważniejsze, potrafią przekuć je w coś, co robią na co dzień. Bo życie rodziny Rabusińskich, z tymi wszystkimi kąpielami w jeziorze, swobodnym ubiorem i zachowaniem co najmiej swobodnym Siri Kolu przeciwstawia obojętności, zabieganiu i dbaniu o materialne dobra. Czyli wiecie – hajs, samochody, drogie ciuchy.

Główna bohaterka książki, Vilja, wybiera się na wakacje z rodzicami i siostrą. Wakacje nudne, bo u babci, na dodatek Vilja nieustannie kłóci się z siostrą, bo ta jej wyjada salmiakowe żelki (też bym się kłóciła). Nagle i niespodziewanie rodzina pada ofiarą piratów drogowych, którzy razem z cukierkami, kilkoma ciuchami akurat potrzebnymi Rabusińskim i apteczką zabierają dziewczynkę. Oficjalnie dlatego, że ma się stać przyjaciółką najmłodszego Rabusińskiego. I tak dziewczynka staje się częścią niezwykłej gromadki i załogi równie niezwykłego samochodu. Powoli poznaje zasady rządzące życiem rabusiów a nawet wprowadza do nich pewne ulepszenia. Nareszcie ktoś jej słucha, docenia i lubi. Vilja bardzo chętnie zostałaby z Rabusińskimi już na zawsze, ale coś jej podpowiada, że banda romantyków potrzebuje pewnej modyfikacji trybu życia. I to ona, Vilja, musi to zrobić.

Fantastyczna historyjka o przyjaźni i talentach, oczekiwaniach dorosłych wobec dzieci i poczuciu wolności. O lojalności i beztrosce, która jednak nie przyćmiewa poczucia odpowiedzialności. I przy tym całym bagażu poważnych i pożytecznych treści „Lato z rabusiami” jest prześmieszne. Chichotliwe. No bo jak tu nie chichotać na myśl o rabusiu, który marzy o lukrecjowych cukierkach, o zawodach w jedzeniu tart na zmianę z zapasami (na dodatek w wykonaniu kobiet) czy grze w czekoladową szóstkę?

Książeczka została świetnie wydana, w twardej oprawie, ze sztywnymi kartkami i z oczywiście obecnym motywem czaszek. Idealna dla młodych miłośników przygód.

Na podstawie książki w 2015 roku nakręcono film.

Tytuł: Lato z rabusiami

Autorka: Siri Kolu

Wydawnictwo Tatarak

Żyjemy w czasach kłamstwa – Czas postprawdy, Ralph Keyes

Znakomita książka o tym czym jest kłamstwo. A właściwie jak zmieniało się i zmienia podejście ludzi do kłamstwa i z czego to wynika. Dlaczego kłamiemy i jak sobie radzimy z rozpoznawaniem kłamstw? Czy nasze upodobanie do kłamstwa jest spowodowane miejscem, w którym żyjemy, płcią, postępem technicznym?

czas

Książka Keyesa oparta jest na szeregu badań naukowych i eksperymentów, opisuje także konkretne przypadki. A otwiera ją opis bardzo interesującego eksperymentu, w którym ponad setkę studentów poproszono o kilkuminutową rozmowę z nowopoznaną osobą. Badani mieli potem ocenić, ile razy skłamali. Oczywiście wszyscy byli przekonani, że wszystko co mówili było prawdą. W rzeczywistości kłamali co ok. 3 minuty. I bynajmniej nie byli jakąś specjalnie wyselekcjonowaną grupą. Na kartkach książki autor pokazuje dziesiątki, setki postaci kłamców – osób, które zmyślały na temat swojego wykształcenia, osiągnięć zawodowych, umiejętności, sukcesów sportowych – nawet jeśli absolutnie nie musiały tego robić. Bo ludzie kłamią niekoniecznie dlatego, że mają z tego jakieś korzyści. I nie dlatego, że jest to efekt jakiejś choroby. Ot – kłamią bo myślą, że będą przez to lepiej odbierani, bo sami chcą się poczuć lepiej, bo chcą, żeby ktoś poczuł się lepiej (w tego rodzaju kłamstwach celują np. kobiety), wreszcie – bo mogą. Oczywiście niebagatelne miejsce w książce zajmuje polityka i media.

Autor przedstawia nam nie tylko analizę tego czym jest kłamstwo i w jakich okolicznościach powstaje – ale i to, jak zmienia się nasze nastawienie do kłamstwa. W naszym świecie, gdzie internet wszystko przyjmie, gdzie media społecznościowe kreują zupełnie inne światy kłamstwo stało się znacznie bardziej powszechne ale i znacząco zmieniła się reakcja na nie. Kłamca nie jest już wyrzucany poza nawias społeczeństwa – wystarczy popatrzeć, jak reagujemy na wystąpienia polityków. A przecież nie jest tak, że kłamstwa uchodzą na sucho – w naszych czasach także znacznie łatwiej dojść do prawdy. Przypomnijcie sobie jednak, czy kiedykolwiek przyłapany na kłamstwie współczesny polityk zakończył swoją karierę? Oczywiście Keyes skupia się na Stanach Zjednoczonych i Trumpie, ale przecież przykładów mamy zatrzęsienie na naszym rodzimym podwórku. Aleksander Kwaśniewski i jego wykształcenie, minister Szyszko i jego nie do końca stodoła, te wszystkie kłamstwa i kłamstewka używane w kampaniach wyborczych, jak słynna „Polska w ruinie”, z którą w końcu zaczęła walczyć grupa oburzonych obywateli. Czy ktokolwiek został za swoje kłamstwo ukarany utratą stanowiska? No może pan Hofman za aferę madrycką, ale jakoś niespecjalnie zaszkodziło to jego medialnej popularności. I to właśnie pokazuje Ralph Keyes – naszą podkręconą tolerancję na kłamstwo. Którego zresztą już nie nazywamy wprost kłamstwem – to wkręcanie, mijanie się z prawdą, sprawa nie wygląda tak prosto, wyrażamy się nieprecyzyjnie.

Świetna książka, która wyjaśni czytelnikowi wiele kwestii związanych z kłamstwem – czy da się rozpoznać kłamstwo, czy wykrywacze kłamstw działają, czy mowa ciała mówi, kiedy kłamiemy, czy kobiety kłamią częściej i czy kłamstwo to mechanizm biologiczno-ewolucyjny?

Nadspodziewanie interesująca lektura, na dodatek napisana w miarę prostym językiem, bez naukowego czy filozoficznego slangu, co mógłby sugerować chociażby tytuł.

Tytuł: „Czas postprawdy”

Autor: Ralph Keyes

Wydawnictwo Naukowe PWN SA