Biuro M – Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Lekka, zabawna, mocno niepoważna, momentami trącąca groteską wakacyjna powieść. Taki literacki żart, jeśli akurat mamy pół godziny czasu. Przy czym, zaznaczam, nie jest to czas zmarnowany, ponieważ „biuro M” odprężyło mnie znakomicie. Jak to bywa z książkami kompletnie oderwanymi od rzeczywistości.

Barbara, po kolejnych odejściach z ta sama kobietą (podobno przyjaciółką, i to jeszcze z dzieciństwa) trzech kolejnych narzeczonych ubiera się w bure worki i unika ludzi. Dlatego przeprowadza się do Miasteczka, a jedynym mężczyzna w jej życiu ma być od tej pory kot Puszysław. Pod wpływem pochopnie rzuconej uwagi Baśka musi znaleźć pracę – i znajduje ją w zwariowanym biurze matrymonialnym prowadzonym przez szefową z piekła rodem. I tak poznaje zwariowaną, acz skuteczna wróżkę, kompletnie nie zwariowanego, i zdecydowanie bardzo skutecznego specjalistę od zielarstwa oraz…Jacka. Przyjętego warunkowo, bo do tej pory doprowadzał do ruiny swoich pracodawców a urzędniczka w pośredniaku wyjątkowo nie lubi szefowej biura M. I tak, razem z bohaterami wkraczamy w kompletnie zwariowana karuzelę wesołych wdówek, drapieżnych modliszek, wyłudzaczy majątków, osób płci nie do końca znanej oraz nie do końca legalnych ziołowych naparów.

Jeśli spodziewacie się romansu, to owszem, jak ktoś mocno poszuka to znajdzie. Przecież całość ma być w założeniu na wskroś romantyczna i dzieje się wśród ludzi poszukujących miłości. Ale…dla mnie przede wszystkim przemówił styl – ironiczny, pełen humoru, czasem przerysowanego – np. bo czy nie można parsknąć śmiechem na myśl o groźnej szefowej, ściętej z nóg kawką zaprawioną tajemniczym ziółkiem? Albo na myśl o Barbarze, która myli puszki, dzięki czemu Puszysław raczy się gulaszem angielskim a Baśka kocią karmą (dobra, pokażcie mi właściciela kota, który nigdy, ale to nigdy nie miał ochoty spróbować kociego żarcia. Zwłaszcza jeśli trafił na „łososia jednostronnie opiekanego w sosie beszamelowym”).

Lekka, łatwa, idealna na poprawę humoru.

Tytuł: „Biuro M.”

Autorzy: Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Wydawnictwo Filia

 

Reklamy

Co widzimy w gwiazdach

Lubicie patrzeć w niebo? Zakład, że nie. Bo współczesny człowiek, jeżeli już patrzy, to w ekran smartfona. Czasem też pod nogi, ale już niekoniecznie. A poza tym co widać na niebie, jeżeli patrzy się stojąc pośrodku wielkiego miasta? Niewiele. Samoloty. Czasem satelitę. Głównie odbite światło ulicznych latarń, neonów, okien wieżowców. Gwiazdy widać, jak się wyjedzie gdzieś daleko. I spojrzy w głębokie niebo w absolutnej pustce. Mnie się to zdarzyło na środku morza i dobrze, że akurat leżałam na pokładzie łodzi, bo w pierwszym momencie myślałam, że utonę…

No więc nie patrzymy w niebo, nie widzimy gwiazd. A i niby tyle wiemy, a z ręką na sercu ile znamy gwiazdozbiorów? Poza tymi z dowcipu (no wiecie: wielki wóz, mały wóz…o kurde, radiowóz). Co wiemy o planetach? Galaktykach, kometach, morzach na księżycu? Niby człowiek w kosmos już wyruszył, a dalej jesteśmy ciemni jak tabaka w rogu, przyziemni. Szkoda. Bo choćby w nazwach gwiazdozbiorów czy księżycowych mórz kryje się tyle pięknych historii…

Warto spojrzeć w nocne niebo choćby dla nich. I dobrze, że dla takiego laika jak ja powstały takie książki. Bo „Co widzimy w gwiazdach” bynajmniej nie jest tylko dla dzieci. A co w nim jest? Dużo. Gwiazdozbiory – nazwy, kształt, legendy związane z powstaniem. Rozmaite ustalenia związane z nazwami i wyznaczaniem gwiazdozbiorów. Narzędzia, używane do badań nieba. Rozdziały poświęcone Drodze Mlecznej i Księżycowi – jego fazom, cyklowi i ciekawostkom z nim związanym. Są tu i słońce, i zorze polarne, i planety, planetoidy, komety i meteory. No i trochę o badaniu kosmosu.

Sama książka nie byłaby może tak fascynująca, gdyby nie fantastyczne ilustracje, stanowiące jej trzon. Ich autorką jest Kelsey Oseid, północnoamerykańska artystka, szczególnie zajmująca się więziami między człowiekiem i naturą.

Tytuł: „Co widzimy w gwiazdach” Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie”

Autorka: Kelsey Oseid

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Nie denerwuj bogini – Freja, Matthew Laurence

Ona nazywa się Sara i jest uroczą nastolatką. On to Nathan, projektant stron internetowych, który dla podratowania budżetu zatrudnił się jako pielęgniarz…w szpitalu psychiatrycznym. I tak, właśnie tam poznał Sarę. Zadziwiająco sympatyczną i normalną, poza jednym szczegółem – Sara utrzymuje, że jest liczącą sobie kilka tysięcy lat nordycką boginią Freją. No cóż, nie można mieć wszystkiego, prawda? Tylko że któregoś razu pojawia się ktoś, kto chce Sarze zrobić krzywdę. I wtedy okazuje się, że te wszystkie gadki o byciu boginią wojny (ale także miłości i płodności!) to wcale nie heheszki.

Zabawna, lekka książka, która nadaje się na kreskówkę albo serial dla nastolatek, z tymi wszystkimi błyszczykami i blond włosami, migdałowymi oczami i upodobaniem do ciuchów. I kilkoma uroczymi, naprawdę niebezpiecznymi, poza tym, że absolutnie dziewczyńskimi boginiami.

Jeśli ktoś chciałby szukać jakiś paralel z „Amerykańskimi bogami” Gaimana, to niech przestanie. Poza tym, że rzecz się dzieje w Ameryce i że starzy bogowie zawiązują sojusz przeciwko nowemu wrogowi ich nie ma. Zupełnie inny jest klimat książki – mimo iż mowa o bardzo poważnych bytach. I nie brakuje w książce wizualnych straszydeł i fajerwerków – japońska bogini śmierci, wyglądająca wypisz wymaluj jak dziewczynka z pewnego znanego horroru, rozczłonkowywanie, krojenie,, upuszczanie krwi – i to wszystko, choć straszne, staje się naprawdę przerażające, kiedy staje się elementem biznesowej prezentacji w power poincie. Bo naprawdę straszni w książce nie są bogowie, a pewne korpo. Które, tak jak w życiu, wysysa i przekształca swoich pracowników. Dobrowolnych i …mniej chętnych, no.

Książka to takie połączenie mitologii ze scenami ze szkolnej stołówki (tylko jedzenie lepsze), kiedy to ulubieńcy publiczności siadają razem przy stolikach, freeki siedzą same, a wszystko to w celu knucia strasznych rzeczy. Tutaj te straszne rzeczy są naprawdę straszne, oznaczają rozszarpywanie gardeł, topienie w płynnej lawie i tego typu przyjemności.

Sympatyczna główna bohaterka – sprytna, przebiegła i odważna, a na dodatek lojalna. Taka, która wywodzi w pole i potrafi być konsekwentna. Taka typu „girls power”. No ale w końcu jest boginią, czyż nie?

Niezła zabawa

Tytuł: Freja

Autor: Matthew Laurence

Wydawnictwo Jaguar

Szpiedzy, których przyniosło ocieplenie

Walki wpływów, szantaże, przekupstwa, kłamstwa i morderstwa. Skomplikowane sieci zależności, w które uwikłani są przywódcy państw, koronowane głowy, miliarderzy, szpiedzy i terroryści. I nie, to nie jest książka sensacyjna, tylko dokładny reportaż pokazujący, czym tak naprawdę jest wielka inwestycja energetyczna – Nord Stream, gazociąg na dnie Bałtyku.

Autorem tego dokumentu, który czyta się jak najlepszą powieść political fiction jest Jens Høvsgaard, duński dziennikarz śledczy. Został kilkakrotnie wyróżniony duńskimi nagrodami, oraz nominowany w 2006 roku do nagrody Cavling dla najlepszego duńskiego dziennikarza za demaskowanie handlu kobietami i dziećmi. Napisał też książkę „Sprzedane na seks”. Jego książka „Tyle kosztuje królestwo” z 2012 roku spotkała się z dużym zainteresowaniem i przyczyniła do pozbawienia norweskiego domu królewskiego dotacji od sponsorów i usług z sektora prywatnego (o uwikłaniu duńskiej rodziny królewskiej w sprawy Nord Stream pisze także w „Szpiegach…”).
A o czy są „szpiedzy, których przyniosło ocieplenie”? O władzy i potędze. Oraz zdobywaniu tej władzy za pomocą szantażu energetycznego, jakim de facto jest Nord Stream. Głównym bohaterem tej książki jest oczywiście Rosja i Władimir Putin z jego wielkomocarstwowymi dążeniami, ale Putin nie działa w próżni. Høvsgaard opisuje jego kontakty z rozmaitymi służbami, drugie dno stojące za atakami terrorystycznymi w Moskwie (i nie tylko), za które oskarżani byli czeczeńscy terroryści, a które przyniosło realne zyski w postaci uzyskania władzy. Nord Stream i gaz to zgodnie z ideą książki narzędzia szantażu wobec przede wszystkim Ukrainy, ale także innych sąsiadów Rosji, takich jak np. Polska.
Autor pokazuje jak Władmir Putin, wykorzystując swoje powiązania z KGB i Stasi oraz rozmaite kije i marchewki (rozliczne bonusy finansowe, bogate firmy czy zyskowne kontrakty, gospodarcze immunitety) korumpuje, zastrasza czy przekupuje europejskich polityków wysokiego szczebla – ze szczególnym uwzględnieniem krajów skandynawskich. Powołuje się przy tym na rozmaite dokumenty, w tym takie, które wyciekły z rozmaitych instytucji czy od osób prywatnych.
To bardzo dokładna, rzetelna, skrupulatna książka, której autor prowadzi nas po labiryncie politycznych powiązań. Jens Høvsgaard prowadził własne badania na ten temat, wykorzystał masę źródeł, tych legalnych i tych tajnych. Nie czyta się tego łatwo, książka wymaga olbrzymiego skupienia, ale kładzie nieco światła na szaradę, jakim jest współczesna europejska polityka energetyczna. I czemu ona tak naprawdę służy.
Dla wszystkich, którzy lubią wiedzieć więcej.

Tytuł: Szpiedzy, których przyniosło ocieplenie
Autor: Jens Høvsgaard
Wydawnictwo Zysk i S-ka

 

Jak można zapomnieć, że się kogoś zabiło? – Na szlaku trumien, Peter May

Jak myślicie – czy moglibyście zapomnieć, że popełniliście morderstwo? Taka właśnie przykrość przytrafiła się bohaterowi najnowszej powieści Petera Maya „Na szlaku trumien”. Mężczyzna budzi się wyrzucony na brzeg wyspy Harris, z raną głowy i wielką dziura w pamięci. Nie pamięta kim jest, jak się nazywa, gdzie mieszka. Stopniowo dowiaduje się szczegółów o sobie – gdzie mieszka, jak się nazywa i czym zajmuje – podobno jest pisarzem, ale nie znajduje w swoim domu żadnych świadczących o tym śladów. Jedyne co ma, to mapę wyspy z zaznaczonym szlakiem turystycznym zwanym „Szlakiem trumien”.

Na niedalekiej wyspie, w opuszczonej latarni morskiej zostają znalezione zwłoki mężczyzny. Policja podejrzewa o morderstwo naszego bohatera. A on? Jak sam twierdzi, „nie pamięta, ale nie może wykluczyć, że to zrobił”.

Ciekawy thriller, z dosyć zawikłaną fabułą i kilkoma splątanymi wątkami. Pierwsze śledztwo prowadzi bohater, próbujący się dowiedzieć, kim naprawdę jest, bowiem informacje, jakie udaje mu się uzyskać wskazują na to, że nie był tym, za kogo się podawał. Drugi wątek to śledztwo w sprawie zabójstwa tajemniczego mężczyzny a trzeci – pewna zbuntowana nastolatka ma powody, żeby przypuszczać, że jej ojciec wcale nie popełnił samobójstwa. Świetny jest główny bohater – choć postawiony w sytuacji skrajnej jest spokojny i stanowczy, metodyczny w swoich poszukiwaniach. Oczywiście, jest zagubiony w nowej rzeczywistości, ale do szukania śladów i analizy tego, co znajdzie przystępuje w iście naukowy sposób. W porównaniu z nim najbardziej chaotyczny jest prowadzący śledztwo policjant, trochę fajtłapowaty i w gruncie rzeczy bezradny wobec nie tylko zastanej rzeczywistości, ale i absolutnej szczerości głównego bohatera. Obaj – podejrzany i śledczy tworzą dosyć specyficzną parę, z obu stron lustra. I jeżeli ktoś tu miałby być Sherlockiem, to jednak byłby nim nie policjant, a podejrzany.

Peter May świetnie plącze tropy – początkowo wydaje się, że zbrodnia powiązana jest z wydarzeniem z przeszłości, kiedy to na Wyspie Flannana – tej, na której znaleziono zwłoki – zaginęło trzech latarników. Zakończenie jest jednak mocno zaskakujące – ale nie martwcie się, nie zamierzam wam psuć przyjemności spojlerem.

Dobre czytadło umieszczone w surowej i ponurej scenerii szkockich wysp.

Tytuł: Na szlaku trumien

Autor: Peter May

Wydawnictwo Albatros

 

 

W pułapce – Magda Stachula

Jak na prawdziwy thriller przystało straszy tym, czego nie widać i co się wydaje. No i jak to w rasowym thrillerze bywa, końcówka wcale nie sprawa, że oddychamy z ulgą.
Bohaterka książki, Klara budzi się rano na klatce schodowej. Nie pamięta, co się działo w nocy, nie wie, jak wróciła do domu. Z przerażeniem orientuje się, że od imprezy, na którą wyszła w sobotę, minęły dwa dni. Dziewczyna nie chce ze względów rodzinnych zgłaszać sprawy na policję, upewnia się tylko, że nie jest w ciąży. Zwierza się tylko swojej współlokatorce. I to właśnie współlokatorka wpada na ślad takiej samej sprawy. Okazuje się, że rok wcześniej podobna przygoda spotkała młodą dziewczynę – Lisa zatrzymała się na stacji benzynowej…a obudziła w lesie, bez dokumentów i samochodu. Okazało się, że znikła na kilka dni, a zrozpaczona rodzina zgłosiła zaginięcie.
Dla Lisy wydarzenie okazało się mieć dramatyczne skutki. Dziewczyna zaczyna się bać własnego cienia, nie pomaga nawet praca z terapeutą. Lisa z jej atakami paniki i śladami manii prześladowczej wymaga nieustannej uwagi, a otoczenie zaczyna mieć jej dość.
Rok później Klara próbuje zrozumieć, co się z nią stało. A przede wszystkim, czy jest bezpieczna. I w tym celu bardzo próbuje się skontaktować z Lisą…
Stachula bardzo umiejętnie buduje atmosferę nieustannego zagrożenia – żadna rzecz nie jest oczywista, czytelnik nie ma stuprocentowej pewności, czy to, co mówi i robi bohaterka, to prawda czy też zwidy. Są rozsądek kontra wrażenia, powoli zaczynamy się wkręcać w manię najpierw jednej, a potem głównej bohaterki. Na dodatek, jako interludia autorka wrzuca fragmenty świadczące o tym, że dla którejś z kobiet sytuacja nie skończyła się dobrze. Przy czym ani słówko wcześniej nie prowadzi nas do prawdziwego rozwiązania. Duzy plus – wiem, jestem okropna czytelniczką, bo zawsze zaglądam na koniec. A „W pułapce” pokazała mi figę, bo ta ostatnia kartka nie dała mi żadnej wskazówki (i nie odebrała całej przyjemności czytania”.
Duży plus za umiejętność budowania napięcia, książka bardziej skupia się na uczuciach i emocjach niż na wydarzeniach. Chociaż wolne prowadzenie akcji momentami wywoływało we mnie frustrację, nie miałam poczucia nudy ani chęci przewrócenia paru kartek dalej. Ma się po prostu wrażenie, że każdy detal użyty na kartkach powieści ma swoje znaczenie. I rzeczywiście ma.
Dobry zabijacz czasu.
Tytuł: W pułapce
Autorka: Magda Stachula
Wydawnictwo Znak

Miłość made in China

Czy wiecie, jak to jest żyć w kraju, w którym kobieta nie może sama odezwać się do mężczyzny, ale musi wyjść za mąż za wszelką cenę? W kraju, w którym kobiety powyżej 25 roku życia nazywane są „resztkami” – bo nikt ich już nie chce? Wreszcie w kraju, w którym rząd kontroluje kobiecy cykl a ciążę można uznać…za nielegalną i zgodnie z prawem zabrać dziecko w rodzinie? Ano witamy w Chinach.

„Miłość made in China” to świetny reportaż Doriana Malovica o największym rynku matrymonialnym w Chinach. W kraju, w którym funkcjonuje polityka jednego dziecka, ale rodzice gotowi są ponosić finansowe kary czy się ukrywać, byle doczekać się upragnionego potomka. Gdzie nie dość, że mężczyzn jest mniej, to kobiety – tak, zabrzmi to obrzydliwie – tracą swoją „przydatność” wraz z 25 rokiem życia. A jednocześnie ze względu na w kulturowe uwarunkowania nie mogą same poznawać mężczyzn. Dlatego w Chinach funkcjonują „targowiska singli”, gdzie rodzice umieszczają – i przeszukują pozostawione ogłoszenia. Gdzie istnieją wielkie biura matrymonialne i portale, specjalizujące się w znajdywaniu kandydatów na małżonki – ale nie miłości życia. Bowiem w Chinach najważniejsza jest rodzina. Ale nie miłość. Chinki – co stwierdził Malovic, rozmawiając z dziesiątkami z nich, studentkami, pracownicami, tymi, które prowadzą firmy matrymonialne i tymi, które korzystając z takich instytucji poznał, z prostytutkami, matkami, żonami, rozwódkami – Chinki cierpią na nieprawdopodobny wręcz deficyt miłości. Ale mało która z nich, postawiona w obliczu wyboru finansowego bezpieczeństwa lub uczucia, nie zdecyduje się zrezygnować z uczuć.

Książka to głęboka analiza chińskiego społeczeństwa z uczuciowego i seksualnego punktu widzenia. Autor przedstawia nam obecną sytuację przeżywających gospodarczy wyż Chin, ale ucieka się także do analiz historycznych czy społecznych. Jaki wpływ miały na życie rodzinne Chińczyków rządy Mao czy nauki Konfucjusza? Czy trudno się uwolnić z pęt obowiązków, zagrożenia „utratą twarzy”, presji rodziny i znajomych? Jak wreszcie w tym środowisku funkcjonują rozwodnicy, czy wpływ na zachowanie kobiet ma ich wykształcenie, rosnąca niezależność ekonomiczna czy podróże, jak radzą sobie w Chinach osoby nieheteroseksualne.

Świetny dokument napisany przez francuskiego dziennikarza i pisarza specjalizującego się w tematyce Chin.

Tytuł: Miłość made in China

Autor: Dorian Malovic

Wydawnictwo Znak Horyzont