Jaremianka – Agnieszka Dauksza

Wolna. Niezależna. Zdecydowana. Inspirująca. Jej życie nie dawało się wpisać w schemat i książka o niej też nie daje się wpisać w schemat. Na pewno nie jest zwykłą biografią, w której liczą się fakty. Czytając, miałam wrażenie, że autorce bardziej zależało na tym, żeby Jaremiankę „poczuć”, tak jak „czuje się” sztukę. Nie tłumaczyć jej życia czy decyzji intelektem, tylko sprawdzić, co Jaremianka nam „robi”. Mam wrażenie, że Agnieszka Dauksza Jaremiankę właśnie poczuła, udało jej się pokazać, bo przecież nie uchwycić tę płynność, migotliwość ducha.

Chyba nadszedł czas, żeby powiedzieć „o czym” jest ta książka…i cały czas mi się przypominają opisy z kolejnych wystaw sztuki współczesnej w peerelu, gdzie ludzie pytali artystów i Jaremiankę samą, o czym jest jej sztuka, sztuka współczesna, dane dzieło. Można odpowiedzieć tylko najogólniej – o człowieku. I o człowieku jest ta książka. O bardzo niezwykłej polskiej artystce, nieustannie poszukującej form wyrazu. O jej sztuce i relacjach ze światem. Z rodziną, siostrą bliźniaczką, innymi artystami, z mężczyznami, z synem, z mężem – Kornelem Filipowiczem. To książka, w której życiorys Jaremianki to pretekst do pokazania szerszego kontekstu – po pierwsze artystycznego, bo Dauksza pokazuje nieustanne zmagania sztuki „starej” z „nową”,działania artystów pytających o cele w sztuce i walczących o tej sztuki miejsce – najpierw w zaskorupiałym przedwojennym Krakowie, potem podczas okupacji i wreszcie w latach powojennych, kiedy to wkraczał w nasze granice zwycięsko realizm socjalistyczny. Nie brakuje kontekstu społecznego i historycznego – znajdziemy w książce przetaczające się przez Polskę przedwojenną i powojenną fale antysemityzmu, okupacyjną rzeczywistość (Kornel Filipowicz był więźniem obozów) i powojenne zmagania się z brakiem pieniędzy, pracy i wszelkich dóbr. Wreszcie znajdziemy w książce część bardzo osobistą, o zmaganiach Jaremianki z chorobą, która ostatecznie ją pokonała.

Dauksza tak bardzo wchodzi w buty swojej bohaterki, że opisuje jej uczucia, wrażenia, motywacje, wahania – tego biograf wiedzieć nie może, bo i skąd. Ale w tym przypadku nie razi, to raczej wartość naddana, bo czytelnik widzi budzącą się relację biografki z jej „obiektem”, momentami obsesję, żeby oddychać tym samym powietrzem, patrzeć na te same budynki. To książka bardzo emocjonalna, bardzo zaangażowana. Pytanie tylko – czy na taką postać, jak Maria Jarema da się patrzeć zimno, mędrca szkiełkiem i okiem?

Tytuł: Jaremianka
Autorka: Agnieszka Dauksza
Wydawnictwo Znak

Reklamy

Karmazynowy brzeg – Preston&Child

To kolejny przykład, że nie należy się kierować opisem książki. Bo jakbym się kierowała, to dyskretny urok agenta Pendergasta by mnie ominął. A tak proszę – nie dość, że całkiem mną zawładnął, nie dość, że się ucieszyłam, że mam następną część przygód Pendergasta, to jeszcze postanowiłam sięgnąć po poprzednie, a mój portfel się z tego nie ucieszy, o nie.
Po pierwsze – klimat. Rzecz się dzieje współcześnie w Stanach Zjednoczonych, ale klimat jest raczej wiktoriański, czyli trąci staroświecką Wielką Brytanią, a Pendergast bardziej przypomina Holmesa niż agenta FBI. Zderzenie staroświeckości z nowoczesnością, laptopami, telefonami komórkowymi i tego rodzaju oprzyrządowaniem jest…specyficzne. Chociaż jednak retro scenografii jest więcej, bo i stroje współpracownicy Pendergasta, Constance Greene są raczej XIX-wieczne (z wyjątkiem torebki od Hermesa, model Birkin), Pendergast też ubiera się jak bohater opowiadań Poego a wszystko dzieje się w małym, nadmorskim miasteczku. Które, jak wiemy, przeważnie wyglądają, jakby czas się w nich zatrzymał dawno, dawno temu. No, chyba, że chodzi o polskie wybrzeże, bo tam jednak króluje krzykliwy plastik made in China.
Zbrodnia w „Karmazynowym brzegu” jest na pierwszy rzut oka błaha. Pewien znany rzeźbiarz, właściciel domku latarnika w małej mieścinie na wybrzeżu został ograbiony. Ktoś ukradł kolekcję win, którą zbierał razem z nieżyjącą żoną. Do win ofiara ma stosunek bardzo sentymentalny i bardzo chce zbiory odzyskać. Pendergast przyjmuje zamówienie skuszony honorarium – butelka wina z ocalałej skrzynki trunku. Trunku wytwarzanego w niezwykłej, zniszczonej już na zawsze winnicy. I w ten sposób razem z Constance trafiają do małego, sennego Exmouth. I sprawa nieoczekiwanie się komplikuje – co ma wspólnego kradzież wina z zamurowanym w latarni morskiej szkieletem, zaginięciem statku, do jakiego doszło tutaj lata temu – i co do tego wszystkiego mają czarownice, które zbiegły z pobliskiego Salem w 1692 roku?
Częściowo „Karmazynowy brzeg” to klasyczny kryminał – z agentem wzbudzającym ogólną niechęć, tajemnicą lokalnej społeczności, małomiasteczkową atmosferą i siłą dedukcji w roli głównej. Trochę jednak książka wkracza w sprawy mistyczne, nazwa „Salem” zawsze budzi emocje a ludzie chcieliby się dowiedzieć, czy w pogłoskach o czarownicach jest odrobina prawdy. I w książce dowiadujemy się, że…ha! O co to, to nie, nie powiem. Ale poleje się sporo krwi i będzie momentami dość obrzydliwie.
Świetne, charakterystyczne postacie, przełamany schemat mądrego Holmesa i naiwnego Watsona, bo Pendergast jest mądry, ale Constance widzi to, co mu umyka. Fabuła oparta na dość niestety powszechnym procederze stosowanym przez niektórych mieszkańców wybrzeży a całość opakowana jest w to, co sprawia, że tylu wielbicieli ma także klasyczny Bond. Czyli szlachetne tkaniny, szlachetne trunki, dobre jedzenie, piękne samochody i klasyczne ubrania.
Dobra zabawa, teraz zabieram się za tom następny, czyli „Obsydianową komnatę”.
Tytuł: Karmazynowy brzeg
Autorzy: Douglas Jerome Preston i Lincoln Child
Wydawnictwo Agora

Oszukana – Magda Stachula

Ona ma na imię Lena i na samym początku dowiadujemy się, że kłamie. I się boi. Ukrywa w domu swojego chłopaka, Nikodema, gdzieś w zapadłej dziurze nad jeziorem. I że jakoś to się łączy z ciałem wyciągniętym z Bugu, bo od tego książka się zaczyna. Stachula sprawnie buduje atmosferę zagrożenia. Jak w dobrym horrorze, bohaterka się boi, my też, chociaż nie wiemy, czego boi się ona. Dodatkową zmienną jest postać Emila, lekarza, który po powrocie z wyjazdu stwierdza, że znikła jego współlokatorka, dziewczyna, w której zaczynał się zakochiwać. I której zaczyna szukać.

Z tym stanem wiedzy – wystraszona bohaterka i szukający współlokatorki Emil zostajemy do połowy książki i owszem, rozumiem, że czytelnik ma się coraz bardziej czuć osaczony, jak główna bohaterka, którą ktoś śledzi, której się ktoś włamuje do domu i która jest na tyle zdeterminowana, żeby zostać w bezpiecznym miejscu, jakim jest dom Nikodema, że stawia czoła jego nadopiekuńczej, zołzowatej matce. Tyle, że naprawdę w pewnym momencie robi się nudno. Na szczęście wtedy następuje zwrot akcji i ta dam! Już wszystko wiemy, wliczając w to to, czego jeszcze powinna się bać bohaterka i teraz już tylko trzymamy kciuki, żeby udała jej się kolejna ucieczka. Tempo mocno podkręca, nareszcie przestałam ziewać.

Gdzieś tam w internetach natknęłam się na zdanie, że atutem książki jest to, że historia mogła przydarzyć się każdej dziewczynie i mam nadzieję, że jednak nie wszystkie dziewczyny są tak naiwne jak główna bohaterka. I nie wierzę, że można mieszkać kilka miesięcy u kogoś, nie narażając się na pytanie typu skąd jesteś, czym się zajmujesz, gdzie ty właściwie pracujesz, z czego żyjesz? Takie w końcu zadaje matka Nikodema, lądując w roli naczelnej suki, choć przecież pytania są jak najbardziej zasadne. Wiarygodność psychologiczna wszystkich postaci (no, może z wyjątkiem wspomnianej nadopiekuńczej matki) leży, ale główną bohaterkę zaliczam jednak do atutów książki. Lena oczywiście jest uciśnioną bajeczną pięknością i nie jest zbyt mądra, ale poza tym znakomicie potrafi dać sobie radę w niesprzyjających okolicznościach, choć bynajmniej nie myśli trzeźwo a zimna krew i opanowanie są jej obce. Lawiruje między wrogami raczej dzięki szczęściu i za pomocą jakiegoś zwierzęcego instynktu. Uważam za straconą okazję też niewykorzystanie scenerii – główna bohaterka pochodzi ze specyficznego miejsca, styku granic Polski, Białorusi i Ukrainy, aż się prosi o wykorzystanie klimatu małego miasteczka i polskich kresów. Niestety.

Jednym słowem – książka bez szaleństw i bez rewelacji, choć ten zwrocik akcji w połowie pierwsza klasa. Lektura plażowo-urlopowa.

Tytuł: Oszukana
Autorka: Magda Stachula
Wydawnictwo Edpiresse

Przewoźnik – ClaireMcFall

Wolna interpretacja mitu o Orfeuszu, w wersji młodzieżowej i bardziej modern, bo z zaświatów ukochanego wyciąga dziewczyna. No i do tego dochodzi bajka o brzydkim kaczątku, bo tytułowa bohaterka pełna jest niepewności i kompleksów, nieustannie żyje w świadomości, że świat z niej szydzi, źle się czuje we własnym ciele i zdecydowanie jest na drugim biegunie osoby, która nazwalibyśmy „przebojową”. Jednak jak w Kubusiu Puchatku – nie oderwę się dziś od tych porównań – gdzie siłą Prosiaczka jest to, co on uważa za wady, zaletami Dylan są te cechy, których ona pewnie nie lubi. Czyli wrażliwość, empatia, współczucie.

Przewoźnik jest romansem w scenerii dość fantastycznej. Dylan, nieśmiała nastolatka podczas podróży pociągiem do ojca, którego nigdy nie widziała bierze udział w katastrofie kolejowej. Jako jedyna przeżywa – przynajmniej tak jej się wydaje. Bo okazuje się, że tak naprawdę jako jedyna umiera… i trafia w coś w rodzaju przedpokoju zaświatów. Ponure pustkowie, które musi przejść, żeby zacząć życie wieczne. Przejście nie jest łatwe, bo na dusze czyhają ponure zjawy. Dlatego każda dusza dostaje przewodnika. Tym Dylan jest Tristan – w postaci, która ma jej wydać się atrakcyjna i wzbudzić zaufanie, choć Tristan bynajmniej sympatyczny nie jest. Droga zmienia oboje. Przewoźnik przestaje być, hmmm, jakby tu…tylko profesjonalistą, a Dylan zaczyna czuć do niego coś więcej. Każde gdzieś przy swojej pomocy przerabia swoje traumy, precyzuje oczekiwania i marzenia, dowiaduje się, że ma marzenia. I temu wszystkiemu towarzyszy puenta, że nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie, i że jeśli ktoś nie zrobił tego, co chcesz zrobić, to być może tylko dlatego, że nie myślał, że to zrobić można?

Pod tym względem książka interesująca – promująca wiarę we własne możliwości, determinację i podkreślająca, że nie trzeba być takim, jak wszyscy inni, żeby być wartościową osobą. Oczywiście, jak to w tego typu książkach, jest też w „Przewoźniku” sporo nielogiczności dotyczących skonstruowanego świata, mnóstwo emocjonalnych uproszczeń i naiwności, ale ja dawno temu przestałam być nastolatką i to, że przez białą bluzkę prześwieca mi granatowy stanik już dawno przestało być dla mnie powodem do tragedii.

Na wakacje nad morzem. Takie, podczas których leje.

Tytuł: Przewoźnik

Autorka: Claire McFall

Wydawnictwo: Zysk i ska

Posełki. Osiem pierwszych kobiet

Jestem pełna podziwu dla ogromu pracy, jaką włożyła Olga Wiechnik w stworzenie tej książki. Książki bardzo potrzebnej, bo w powszechnym rozumieniu historię tworzyli mężczyźni. To oni wywalczyli Polsce niepodległość, to oni „dali” kobietom prawa wyborcze. Nieprawda. Kobiety stanowiły i stanowią olbrzymią część wszelkich ruchów społecznych i politycznych. Różnica jest taka, że w oficjalnych dokumentach czy przekazach się je pomija. Nie dbają o to one same, mężczyźni ich rolę bagatelizują, pomniejszają, nie zauważają. Tak jest i teraz a gdy czyta się „Posełki” ma się wrażenie, że przez te sto lat, jakie dzielą nas od bohaterek książki, w sprawach politycznych, społecznych czy obyczajowych nie zmieniło się nic.

Jednak to pomijanie ma jeszcze jeden aspekt. Kiedy tworzyłam swój cykl „Sto niezwykłych Polek na stulecie niepodległości” stwierdziłam, jak mało o niektórych bohaterkach jest materiałów. Ja tworzyłam jednak krótkie biogramy, Olga Wiechnik musiała zrekonstruować polityczną pracę pierwszych posłanek i napotkała olbrzymią trudność – brak materiału. To, że nie wiemy, kim były pierwsze kobiety, które zasiadały w Sejmie to jedno. To, że niemal nie ma po nich śladu to drugie. Zajęte ciężką, konkretną pracą nie dbały o jej dokumentację – to, co o nich wiemy w większości pochodzi z listów i pism Zofii Moraczewskiej, jednej z nich, która nie chciała, aby praca posełek popadła w zapomnienie. A i tak jak wspominała Olga Wiechnik podczas spotkania autorskiego, o pracy posłanek często nie wiedzą ich potomkowie, nie zachowały się żadne dokumenty. Po Annie Piaseckiej w dokumentach sejmowych zachował się odpis aktu zgonu. Olga Wiechnik docierała do archiwów, rodzin, starając się przybliżyć nam chociaż twarze pierwszych posłanek. A także niezwykle ważną pracę, jaką wykonywały nie tylko w sejmie.

„Posełki”, jak już zapewne się domyśliliście, jest o posłankach. Tych pierwszych ośmiu kobietach, które zasiadły w sejmowej izbie po pierwszych wyborach po tym, jak kobiety wywalczyły sobie prawo wyborcze, bierne i czynne. Pochodziły z różnych środowisk – ziemianki i niepiśmienne rodziny, prezentowały różne podejście do kwestii ustroju społecznego, jedne miały rodziny, inne z nich świadomie rezygnowały, jak Jadwiga Dziubińska. Łączyło je to, że w różny sposób, często okrężną drogą starały się poprawiać sytuację kobiet i mimo różnic potrafiły ze sobą dla wspólnego celu współpracować. I że w swoich staraniach nieustannie borykały się z pogardą, śmiechem, lekceważeniem, otwartą wrogością mężczyzn, którym odebrały tę odrobinę władzy. A to im Polki zawdzięczają to, że mogły same decydować o sobie, że mogły pracować bez pozwolenia męża, rozwieść się, mieć własne pieniądze. Posełki podkreślały wagę edukacji, pomocy, samodzielności. Chciały, żeby kobiety mogły zdobywać zawód i żeby mogły na siebie zapracować – a pamiętajmy, były to czasy, że nawet w administracji publicznej, jeśli zatrudniano kobiety, to nie za te same stawki, zamknięte przed nimi były szczeble awansu i jako pierwsze kwalifikowały się do zwolnień, nawet jeżeli pracowały ciężej i miały wyższe kwalifikacje niż mężczyźni. Zresztą, co ja tu dużo będę mówić – wystarczy przeczytać pierwsze strony książki, wyliczenie, zmiany jakich artykułów prawnych domagały się kobiety.

Jednak bycie posełką to nie tylko zasiadanie w sejmie. Olga Wiechnik pokazuje życie swoich bohaterek od kuchni, ich codzienne borykanie się z obowiązkami domowymi, bo nawet najbardziej postępowy mąż nie przyjął do wiadomości, że jego ciężko zapracowana żona nie jest w stanie przygotować przyjęcia na ponad 20 osób, które on postanowił znienacka zorganizować. To było codzienne borykanie się z warunkami zewnętrznymi, brakiem pieniędzy, chorobami, przedstawicielami Kościoła Katolickiego, którzy przeważnie w emancypacyjnych działaniach posełek upatrywali zagrożenia dla swojej władzy, ubierając to w słowa o „zagrażaniu porządkowi bożemu”. Jednym słowem – jest to reportaż o tytanicznej pracy wspaniałych kobiet.

O posełkach nie uczymy się w szkołach, nie ma ich nazwisk w przestrzeni publicznej. A przecież to, o co walczyły, nie straciło na aktualności. „Wszyscy wokół albo oszuści, albo komedianci, albo ludzie bezdennie słabi. Ja miotam się bezsilnie, bo oczywiście „babie” nie pozwoli przecież nikt z tych mężów stanu polityki prowadzić, a tymczasem wierzcie mi, że my byśmy tę politykę o całe niebo dalej i lepiej prowadziły niż oni! – pisała w 1916 r. do męża Zofia Moraczewska. Mogłaby to równie dobrze powiedzieć dziś.

Książka niezbędna.

Tytuł: Posełki. Osiem pierwszych kobiet

Autorka: Olga Wiechnik

Wydawnictwo Poznańskie

Podróżny – Ulrich Alexander Boschwitz

Kiedy z szanowanego obywatela w jednej chwili zmieniasz się w ścigane zwierzę. Kiedy nieustannie oglądasz się za siebie, śpisz na teczce zawierającej cały twój majątek, kiedy boisz się zdrady i mylisz tropy. Kiedy boisz się każdego bacznego spojrzenia, każdego „proszę pana”, kiedy ci, którzy byli przyjaciółmi albo rodzina w jeden dzień przestają nimi być. Kiedy żeby przeżyć musisz być kimś innym i musisz być ciągle w ruchu.

 

Nie, to nie opis thrillera szpiegowskiego, choć wypisz wymaluj pasuje do „Trzech dni kondora”. To „Podróżny”, książka Ulricha Alexandra Boschwitza. Historia bogatego żydowskiego kupca Otto Silbermanna. Pewnej listopadowej nocy w roku 1938 aresztowani zostają niemal wszyscy Żydzi. Ci, którym udało się uniknąć aresztowania, stają się zwierzyną łowną. Staje się nią i Silbermann. W jednej nocy z bogacza staje się wyrzutkiem. Ratuje go „nieżydowski” wygląd i spora suma w kieszeni – ale czy na pewno? I czy na długo?

Wstrząsająca książka. Po pierwsze dlatego, że pokazuje błyskawiczną degrengoladę wartości w społeczeństwie, w którym część tego społeczeństwa staje się wyjęta spod prawa. Tak, znamy to z opowieści o doświadczeniach wojennych, kiedy to od Żydów za ratowanie życia wyłudzało się cały majątek, kiedy kawałek czerstwego chleba sprzedawało się za mury getta za złote precjoza. Okropna jest scena, jak w książce swoją pozycję „wygranego” wykorzystuje najpierw człowiek, który od Silbermanna kupuje kamienicę, a potem jego przyjaciel i wspólnik w interesach, który na dodatek do zwykłej kradzieży próbuje dorobić ideologię tylko po to, żeby ukryć własną porażkę. Zresztą – pozycja ściganego zwierzęcia sprawia także , że sam Silbermann także rezygnuje z wartości, które wyznawał. Przejmujący jest moment, kiedy spotyka znajomego o bardziej semickim wyglądzie i zwija się ze wstydu, że siedzi z tamtym przy jednym stoliku, że tamten wymienia głośno jego nazwisko…Bohater na początku próbuje sobie racjonalizować sytuację, wypiera z umysłu zdarzenia, ze stanów euforii popada w apatię, szaleńczy strach miesza się u niego z brawurą. Jest zły na ludzi, na państwo, którego przecież do tego jednego dnia był przykładnym i cenionym przecież obywatelem. Więc dlaczego teraz ucieka jak przestępca?

To nie Otto Silbermann jest bohaterem tej książki. Są nimi strach, obojętność, bierność. Tak naprawdę mało jest w książce aktów przemocy – za to pełno jest aktów przerażającej obojętności, która w sytuacji zagrożenia jest równoznaczna ze skazaniem na śmierć. Taką obojętnością wykazuje się syn Silbermanna, brat jego żony, wreszcie strażnicy na granicy belgijskiej, którzy bezwzględnie odstawiają bohatera do jego kraju, bo…nie ma on dokumentów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że znamy to bardzo dobrze. Owszem – znamy to z doniesień medialnych o europejskich krajach, które potrafią całymi tygodniami nie wpuszczać do swoich portów uchodźców z Afryki albo odwożą ich do ich własnych krajów, gdzie czeka tych ludzi przemoc, gwałty i śmierć.  To samo robili Polacy z czeczeńskimi uchodźcami, deportując ich do Rosji. „Podróżny” pokazuje drugą stronę. Uciekiniera, zaszczute zwierzę, tracące swoją godność w szaleńczej obawie o własne życie.

Książka została napisana w 1938 roku przez właśnie takiego uciekiniera. I tak naprawdę nie pokazuje nam historii tylko uniwersalne mechanizmy, zakorzenione gdzieś głęboko w naturze ludzkiej. Tym samym staje się obrazem Zagłady – nie tylko tamtej, z lat 30-40 ubiegłego wieku, ale tej Zagłady, która zawsze czai się gdzieś za naszym progiem. Bo to nie broń jest naszym największym zagrożeniem. Jest nim obojętność i wygoda.

 

Bardzo ciekawa jest historia tej książki. Ulrich Alexander Boschwitz w wieku dwudziestu siedmiu lat zginął na pokładzie MV Abosso. W wyczarterowany przez rząd brytyjski statek pasażerski trafiła torpeda wystrzelona z niemieckiej łodzi podwodnej. Dwudziestego dziewiątego września 1942 roku statek poszedł na dno, a wraz z nim trzystu sześćdziesięciu dwóch pasażerów.

Niemal tuż przed tym, w sierpniu autor przekazał w liście do matki instrukcje dotyczące jego powieści. Pisał, że książka „Podróżny”, którą przekazał jej za pośrednictwem jednego z byłych współwięźniów płynących do Anglii została gruntownie przeredagowana. Jednak tylko pierwsza część. Boschwitz pragnął, by książka została opublikowana w Niemczech. Niestety, po wojnie liczne wydawnictwa odmawiały jej wydania.

Maszynopis powieści spoczywał w Archiwum Niemieckiej Emigracji Niemieckiej Biblioteki Narodowej. Peter Graf dzięki najbliższej krewnej autora, Reuellai Shachaf opracował jedyny maszynopis tego dzieła. Jak przyznaje, z ogromnym szacunkiem dla jego pierwotnej wersji oraz w zgodzie z jego przesłaniem.

Tytuł: Podróżny

Autor: Ulrich Alexander Boschwitz

Wydawnictwo Znak

Odwet – Vincent V. Severski

Uprzedzam – nie bierzcie się za tę książkę, jeżeli macie tylko godzinkę na czytanie albo wieczorem – gwarantuję, że nie oderwiecie się aż do rana. Ja się nie oderwałam, ostatnią stroniczkę przeczytałam na jakieś pół godziny przed budzikiem. Czemu? Ano bo macie wartką akcję, odbijanie zakładników, szpiegów, zagrywki agentów i wojny podjazdowe polityków – wszystko, co Severski ma do zaoferowania najlepszego.

„Odwet” to druga część przygód Sekcji prowadzonej przez Romana Leskiego. Z wyglądu fajtłapy szurającego kapciami, a w rzeczywistości intelektualnego i strategicznego geniusza. Który na dodatek nie boi się grać va banque. I bardzo nie lubi, jak ktoś próbuje go używać do własnych celów. A tym razem ewidentnie ktoś za pomocą Sekcji próbuje realizować własne cele. Bo Leski dostaje polecenie prześwietlenia Olgierda Rubeckiego – agenta, bohatera z Iraku, który zamierza wystartować w wyborach i stanowi zagrożenie dla partii rządzącej. Członkowie Sekcji nie mają ochoty szukać „haków” na swojego, ale Roman czuje tutaj drugie dno… Tymczasem w Algierze ginie oficer polskiego wywiadu wykonujący misję związaną z kontraktem Polskiego Koncernu Zbrojeniowego. Ślady wskazują na Al-Kaidę. A w Baku na atak serca umiera Robert Kunicki, inny oficer wywiadu pod przykrywką dziennikarza – i to zaraz po spotkaniu z rosyjskim szpiegiem. Czy to się łączy? Czy te sprawy łączy osoba szefowej Wydziału Spraw Wewnętrznych?

Co jest siłą książek Severskiego? Poza sprytnie, choć nie przesadnie zagmatwaną fabułą? Bohaterowie. To nie są terminatorzy, bo zespołu Leskiego nie tworzą cyborgi a on sam cyborgiem nie jest. Każdy z nich ma swoje słabe strony, ale ma też rzeczy, które go wyróżniają, a Leski potrafi je wykorzystać (dalibyście wiarę, że dziewczyna po Akademii Sztuk Pięknych będzie dobrym szpiegiem?). Czyta się te książki z przyjemnością, bo pokazują dobrze naoliwiony organizm – zespół lojalnych wobec siebie ludzi. Wcale nie pozbawionych uczuć, bo są zadania, które napawają ich niechęcią, a nawet obrzydzeniem. Wszyscy tutaj są wyraziści, nawet ci z drugiego planu. Po drugie – świetnie wykorzystuje Severski naszą politykę, inspiruje się nią na tyle, żeby coś nam tam świtało ale nie na tyle, żeby książka za rok czy dwa straciła na aktualności. To raczej takie pokazanie uniwersalnych praw rządzących polska polityką, z jej szukaniem haków, nagraniami, przekupstwami, aferkami i kolesiostwem.

Muszę przyznać, że o ile „Zamęt”, pierwszą część czytało się bez efektu wow, „Odwet” to naprawdę kawał solidnej, dobrej literatury sensacyjnej. Solidnej rozrywki z zaskakującymi zakrętami po drodze  – i te ponad 600 stron, które mogło przerazić przed otwarciem książki po jej zamknięciu zostawi niedosyt.

Rzecz na wysokich obrotach.

Tytuł: Odwet

Autor: Vincent V. Severski

Wydawnictwo Czarna Owca