Samosiejki – Dominika Słowik

Samosiejki. Drobne, delikatne. Pojawiają się niezauważenie, aż któregoś dnia pijesz kawę patrząc przez kuchenne okno i coś ci się nie zgadza. A potem ani się obejrzysz, a masz przed tym oknem drzewo, obcy byt, którego już nie sposób nie zauważyć i musisz….słowami Ewy, bohaterki jednego z opowiadań, „trochę ustąpić”.

Po poprzednich książkach Dominiki Słowik „Samosiejki” prezentują się skromnie. Cieniutka książeczka, jakaś taka…ukradkiem. Ale i ciężar jej jest inny, bo zarówno „Atlas: Doppelganger” jak i „Zimowla” prezentowały wielkie światy, całe kosmosy, a „Samosiejki” odwracają się do wewnątrz. To nie budowanie całego świata od nowa, ale raczej zmiana punktu widzenia pojedynczej osoby na świat. Który, bywa, staje się nieznany, groźny, obcy. Idealnie wprowadza w klimat pierwsze opowiadanie, „Lęk przestrzeni”. Jego bohaterka traci chwilowo wzrok i świat, w którym się tak znakomicie poruszała, jej własne mieszkanie, nagle staje się obcy. Meble stają nie tam, gdzie powinny, poduszka ma róg mokry, jakby ktoś ją obślinił we śnie, ciało nieustannie napotyka na kąty czy ściany. Głosy brzmią inaczej, dźwięki zmieniają się w coś groźnego, coś skrobie w okno a solniczka nie chce dać się znaleźć. Tracąc jeden ze zmysłów bohaterka traci poczucie bezpieczeństwa a mózg płata jej figle, podsuwając obrazy malowane lękiem. Czy tylko mózg? No właśnie nie do końca wiadomo, bo realizm magiczny Dominiki Słowik, jej tendencja do budowania nastroju rodem z horroru w krótkiej formie uległy gwałtownej koncentracji, skomasowaniu, uderzając precyzyjnie w ten punkt naszego umysłu, gdzie czai się atawistyczny lęk przez niezrozumiałym. Tym niezrozumiałym w „Samosiejkach” jest głównie natura – słusznie, przecież wiemy tak naprawdę niewiele o tym „zielonym”, które nas otacza. W opowiadaniach ze zbioru zupełnie innego znaczenia nabierają rośliny doniczkowe, trawa z ogrodu, zielenina z zupy, pnącze fasoli, wiatr, śnieg i deszcz meteorytów. Ale rzeczywistość się ugina także w innych momentach – kiedy w izolacji bohaterka próbuje ćwiczyć jogę albo przyjeżdża na wieś do dawno niewidzianej matki. W tym opowiadaniach „niezrozumiałe” rodem z filmu s-f albo Strefy Mroku przeplata się ze „zwykłym niezrozumiałym”, tym z innego kulturowego wzorca. Punktem wspólnym jest strefa komfortu, z której Dominika Słowik wykopuje nas powoli, ale nieubłaganie.

Te opowiadania mają nieprawdopodobny wręcz klimat a krótka forma wymusiła błyskotliwe pomysły i efektowne puenty. Powiedziałabym, że majstersztyk science-fiction, chociaż chyba polska krytyka traktuje s-f co najmniej po macoszemu i takie określenie mogłoby autorce raczej zaszkodzić. Więc powiem tylko, że już dawno nie latały mi po plecach takie ciary.

Tytuł: Samosiejki
Autorka: Dominika Słowik
Wydawnictwo Literackie

Memorial Drive. Wspomnienia córki – Natasha Trethewey

Mam jakiś czas na trudne książki. Ale to są książki, obok których nie można obojętnie przejść, udając, że ich nie ma, nic się nie dzieje. Tym razem książka o nieprzerobionej traumie po stracie bliskiej osoby, o wydarzeniu, które zostawiło ślad na całe życie, o obsesji zrozumienia tego, co się stało, wyjaśnienia, czy mogło się czemuś zapobiec. Książka, która jest śladem pytania, które zostaje w każdym po tragicznych wydarzeniach – dlaczego? Kto jest winien?

Przede wszystkim ważna tu jest postać autorki i tło. Autorka, Natasha Trethewey jest bestsellerową amerykańską pisarką, zdobywczynią wielu nagród, akademiczką, laureatką Pulitzera. Jej matka została zamordowana przez byłego partnera, ojczyma autorki. Ale motyw zbrodni, dookoła której krąży Trethewey, to pretekst do wspomnień bardzo bolesnych. Bo Natasha Trethewey dorastała na białym Południu, z wciąż bardzo silnymi elementami rasistowskimi, tymi znaczkami zapisywanymi przez sprzedawców, czy klientka jest biała czy czarna, a ona była dzieckiem białego pisarza i czarnoskórej pracownicy opieki społecznej, owocem związku nielegalnego w 21 stanach. Brak dopasowania, poczucie wiecznego bycia nie w tym miejscu, wiecznie na rozdrożu towarzyszył jej od najmłodszych lat. Co prawda ojciec preferował „życie na krawędzi”, przełamywanie barier, ale łatwo jest przełamywać bariery, kiedy jest się białym mężczyzną. Kiedy jest się czarnoskórą kobietą, zamiast przełamywania są uniki, ucieczki i ukrywanie uczuć, choć babka autorki należała do tych niezmordowanych aktywistek walczących o sprawiedliwość i równość. Każde z rodziców miało inny pomysł na życie Natashy, a rzeczywistość, z wciąż silną segregacją rasową wciąż miała się dobrze. Oboje tylko wiedzieli, jak ważne jest wykształcenie a Natasha podzielała miłość do nauki, także dlatego, że był to sposób na zadowolenie matki już po tym, jak rodzice się rozwiedli. „Memorial drive” to także dokument ścisłego związku, jaki łączy matkę i córkę po nieudanym związku tej pierwszej. Tej więzi fizycznej i mentalnej, kiedy córka staje się bardziej dorosła a matka – mniej samodzielna i potrzebująca opieki. W ten świat dwóch kobiet wkroczył jednak kolejny mężczyzna, jak się okazało, z tragicznym skutkiem. Kiedy czyta się o fizycznej przemocy, jakiej dopuszczał się ojczym wobec matki Natashy, o przemocy psychicznej wobec samej dziewczynki czytelnik może tylko pokręcić głową, że finał był do przewidzenia, ale – i tu jako osoba wielokrotnie mająca do czynienia z przemocowymi związkami wiem, że to nie jest tak łatwe. Bo taki związek to rodzaj sieci z emocjonalnego uzależnienia, poczucia winy, szantażu i niezaspokojonych potrzeb. Znakomitym dowodem na to są ostatnie rozmowy telefoniczne matki Natashy z ojczymem – już po tym, jak kobieta od niego uciekła, po rozwodzie i przeprowadzce do innego mieszkania, po skazaniu mężczyzny. To, że do tragedii doszło mimo wszelkich kroków, mimo sprawy prowadzonej przez policję, mimo policji, która – teoretycznie – miała pilnować bezpieczeństwa kobiety świadczy tylko o tym, jak słaby i niewydolny jest system walki z przemocą w rodzinie. Niezależnie od kraju, niezależnie od czasów. Jednak Natasha Trethewey wspomina o tym tylko jakby mimochodem, o tym policjancie, którego nie było na posterunku, przez co ojczym spokojnie mógł zastrzelić jej matkę. Dla Natashy ważniejsze są nagrania z głosem matki, zapisy jej ostatnich rozmów, przekonanie o nieugiętej walce o własną wolność. Ważniejsze są wspomnienia matki tańczącej na ulicy po tym, kiedy – jak obie myślały – uwolniła się na zawsze.

Przejmująca książka.

Tytuł: Memorial Drive. Wspomnienia córki
Autorka: Natasha Trethewey
Tłumaczenie: Kaja Gucio
Wydawnictwo Cyranka

Czas huraganów – Fernanda Melchor

Są takie książki, przy czytaniu których skręca się żołądek. Nie chcesz ich czytać ale nie możesz się oderwać i wiesz, że musisz przewrócić kolejną kartkę. Taki był np. reportaż Joanny Gierak-Onoszko „27 śmierci Toby’ego Obeda”. I taka też jest książka Fernandy Melchor. Dawno nie spotkałam prozy tak nasyconej brutalnością i nienawiścią, takiej, przy której aż wszystko mnie bolało. Wiem, co kierowało autorką, że zrobiła to właśnie tak, ale niemal przy każdej kartce chciałam rzucić książkę w kąt i krzyczeć „robisz mi krzywdę”. Być może „Czas huraganów” jest właśnie taki, że – jak twierdzi autorka – w Meksyku już nikogo nie bulwersują nagłówki „znaleziono 10 ciał z odciętymi kończynami w anonimowym grobie”, dlatego trzeba było czytelnika przebodźcować i przytłoczyć. Albo po prostu dlatego, że książka, choć jest fikcją, oddaje meksykańską rzeczywistość – terror karteli narkotykowych, wszechobecną przemoc wobec kobiet. Przemoc właściwie wobec wszystkich i w każdym aspekcie. Czytanie było tak bolesne, bo przemocowy, pełen homofobii i mizoginii jest już sam język powieści (duży szacun dla tłumaczki, Katarzyny Sosnowskiej), który idealnie współgra z tym, co dzieje się między okładkami.
Punktem wyjścia dla fikcyjnej historii stało się autentyczne morderstwo – w pewnym miasteczku zabito mężczyznę, który podawał się za czarownika. A zabił go inny mężczyzna, za uwiedzenie żony. Melchor nie wierzyła, że w XXI wieku można tak mocno wierzyć w czary, że stanie się to podstawą zabójstwa. Na początku chciała po dziennikarsku wykorzystać historię, ale ponieważ działo się to w stanie słynącym z brutalnych morderstw dziennikarzy, zwyciężył strach i zdrowy rozsądek – Melchor nie pojechała zbierać materiał na miejscu, za to pozwoliła dojrzeć w sobie fikcyjnej opowieści. W „Czasie huraganów” pretekstem do całej historii jest opowieść o Wiedźmie, córce Wiedźmy. Wiedźmy zajmowały się tym, co zwykle – leczeniem, urokami i usuwaniem niechcianych ciąż. Każda kobieta w okolicy, czy mężatka, czy prostytutka, jeżeli zaszła w ciążę a nie chciała w niej być, mogła udać się do Wiedźmy, a ta udzielała jej pomocy w postaci mieszanek ziół. Pomocy w przeciwieństwie do innych wiedźmich zabiegów zawsze darmowej. I zwyczaj ten nie uległ zmianie nawet po śmierci starej Wiedźmy. Młodej wiedźmy mieszkańcy boją się tak samo jak starej, a po okolicy krążą przerażające opowieści o rzucanych przez nią klątwach. I o skarbie, stosach złotych monet ukrytych w wielkim, ponurym, niedostępnym domu. Pewnego dnia miejscowe dzieciaki, bawiąc się w kanałach, natykają się na ciało Wiedźmy, która najwyraźniej została zaszlachtowana nożem. Melchor buduje na tym piętrowo opowieść o mieszkańcach miasteczka – prostytutkach pracujących na poboczu, mężczyznach żerujących na pracy kobiet, dziewczynkach, które musiały uciekać z domu, ponieważ były wykorzystywane seksualnie od najmłodszych lat. O mężczyznach tłumiących swoje potrzeby seksualne, jeżeli w jakikolwiek sposób odbiegają od przyjętych – lub też zaspokajają je w sposób brutalny, próbując przykryć tym swoją naturę. W „Czasie huraganów” właściwie nie ma dobrych postaci – z wyjątkiem może zamordowanej Wiedźmy, która chce tylko życia po swojemu i pomaga żyć po swojemu innym kobietom.

Czas huraganów zdobył kilka literackich nagród, był nominowany do Bookera ale zdecydowanie nie jest to łatwa lektura. Wymaga sporej odporności psychicznej.
Tytuł: Czas huraganów
Autorka: Fernanda Melchor
Tłumaczenie: Katarzyna Sosnowska
Wydawnictwo Mova

Wszystkie barwy marzeń – Natascha Lusenti

Emilia pojawia się pewnego razu u progu nowego życia, choć wygląda to tylko jak mieszkanie udostępnione przez koleżankę. Z niewielkim bagażem rzeczywistym, na który składa się trochę książek i dwa kocie kontenery. I z potężnym bagażem doświadczeń, które sprawiają, że Emilia chowa się za grzywką jak za zasłoną. Z jednej strony dziewczyna boi się nawiązywać nowe znajomości, nie mówiąc o jakimkolwiek odsłonięciu, z drugiej potrzebuje drugiego człowieka. Jak trafnie odgaduje Nicola, chłopiec mieszkający w kamienicy, do której sprowadza się Emilia, dziewczyna to księżniczka Lea, która potrzebuje ratunku. Jednak stopniowo, ze strony na stronę czytelnik przekonuje się, że potrzebujących jest więcej. Każdy mieszkaniec kamienicy ma deficyt – uczuć, odwagi, bliskości. Każdy opłakuje stracone okazje i minione radości. Kamienica to takie mikrospołeczeństwo – ktoś utracił bliskiego człowieka, czyjaś miłość się skończyła, czyjeś nadzieje zostały zawiedzione. Ale w tym wszystkim każdy z mieszkańców, na czele z Emilią, ma w sobie gigantyczne pokłady nadziei i siły, pozwalającej mu nie tyle odbudować życie, ile zbudować coś innego, może cenniejszego. Albo co najmniej tak samo wartościowego.

Tak sobie myślę, że to dobra historia czasów covida i postcovidowych. Po pierwsze zwraca uwagę na to, jak bardzo potrzebujemy namacalnych, bliskich więzi międzyludzkich. Potrzebujemy ich nawet wtedy, kiedy nam się wydaje, że nie. Książkowa Emilia boi się rozmawiać z ludźmi, ale potrzebuje ich tak bardzo, że na tablicy ogłoszeń publikuje krótkie historie ze swojego życia. O ile nie jest w stanie spojrzeć komuś w oczy, o tyle o bardzo osobistych wrażeniach, lękach, wspomnieniach opowiada tajemniczemu, niezidentyfikowanemu gronu. To chyba przekleństwo naszych czasów – nie porozmawiamy ze sobą, z bliskimi, z przyjaciółmi, ale nasz opór przed odkrywaniem bolących rzeczy znika wobec obcych, przypadkowo poznanych w pociągu albo internetowych komentatorów. Tylko że te kontakty on-line nie zastąpią nam życia, choć w czasach izolacji bardzo próbowaliśmy się (i wciąż próbujemy) na nie przestawić. Piękne jest zestawienie ojca Nicoli, wiecznie siedzącego w telefonie, wiecznie przegapiającego to, jak bardzo syn go potrzebuje – z Emilią, która nie nosi zegarka i woli głaskać kota niż siedzieć na social mediach. Wbrew pozorom głaskanie miękkiego, kociego futra to moment unikatowy. Żadna internetowa dyskusja nie jest tak bardzo ulotna. Niezwykłość tej historii polega także na docenianiu siły słowa. W czasach, kiedy wolimy posłużyć się emotikonem czy gifem wiara w uzdrawiającą siłę pięknego słowa, w siłę wyobraźni jest…budująca. Zwłaszcza dla takich osób jak ja, które ze słowem pracują.

Natasha Lusenti napisała piękną historię, w której smutek przeplata się z radością, gdzie z każdej kartki bije feeria barw. Taką, po przeczytaniu której, ubieracie coś żółtego.

Autorka: Natasha Lusenti

Tłumaczenie: Monika Woźniak

Tytuł: Wszystkie barwy marzeń

Wydawnictwo Literackie

Osa – Eric Frank Russel

Są tacy autorzy fantastyki, którzy tworzą genialne dzieła, dogłębne analizy rzeczywistości, ludzkiego umysłu i naszych przypadłości, w których to dziełach ponurą rzeczywistość przyprawiają nawet nie szczyptą ale wagonami poczucia humoru, sarkazmu i ironii. Tą bronią posługiwał się Lem, Terry Pratchett, Douglas Adams („Autostopem przez galaktykę” to absolutne must read) i Eric Frank Russell. Tego ostatniego w Polsce opublikowano do tej pory kilkanaście opowiadań i powieść „Wielka eksplozja” a szkoda, bo to prawdziwa wielka sława fantastyki. Dlatego podjarałam się jak szczapki w kominku kiedy okazało się, że Rebis w ramach swojego „Wehikułu czasu” wydaje „Osę”, o której wspominany już tutaj Pratchett napisał, że nie potrafi sobie wyobrazić bardziej zabawnego podręcznika dla terrorystów. Kiedy się wczytacie w życiorys Russela doszukacie się informacji, że w czasie II wojny światowej służył on w wywiadzie wojskowym, przygotowując „brudne sztuczki” dla zmylenia Niemców – takie jak operacja Mincemeat. I to pewnie to doświadczenie wykorzystał pisarz w „Osie”, historii samotnego sabotażysty.

W książce Terra prowadzi wojnę z Imperium Stirijskim. Matematyka jest nieubłagana – Stiryjczyków jest znacznie więcej niż Terran, dlatego ci ostatni wymyślają genialny plan na to, jak rozproszyć siły przeciwnika. Na stirijskie planety ruszają świetnie wyposażeni i równie dobrze wyszkoleni agenci, którzy mają dokonywać sabotażu. Tak jak osa atakująca kierowcę samochodu może w ostateczności doprowadzić do karambolu i śmierci wielu osób, tak ludzkie osy mają drażnić i osłabiać przeciwnika, powodując coraz większe zamieszanie na kolejnych planetach. Jedną z os jest James Mowry, który ląduje na planecie Jaimec. W niedługim czasie mężczyźnie udaje się sprawić, że władze planety są przekonane, że działa na niej potężny i sprawnie działający ruch oporu.

Russel rewelacyjnie opisuje społeczeństwo żyjące w dyktaturze, ze świetnie działającymi i znanymi z okrucieństwa służbami wewnętrznymi. W takie sytuacji jego osa postanawia doprowadzić do momentu, kiedy ucisk dla mieszkańców stanie się nie do wytrzymania. Wcieli się w tego pierwszego, który wyraża swoje niezadowolenie na głos. Wymyśla ruch oporu i zostawia jego ślady. Na początek niepozorne – naklejki na szybach, w autobusach, napisy na murach. Paranoiczna władza, szukająca ciągle wroga wewnętrznego, nareszcie ma jego nazwę. Teraz każde działanie, nawet przypadkowe, przypisywane jest fikcyjnej organizacji – i spirala się nakręca. A nasz dzielny agent tu pchnie paluszkiem, tam usunie ze świata żywych ważnego oficera służb…porusza się szybko i chaotycznie a resztę robi społeczne niezadowolenie i buta rządzących.

Sam scenariusz dywersyjnej akcji – genialny. Jego opis jeszcze lepszy, bo nad kolejnymi linijkami mocno snują się opary absurdu, chociażby w opisach stirijskich mieszkańców. Wielkie brawa dla Roberta J. Szmidta za rewelacyjne tłumaczenie, w którym stirijska gwara nieodmiennie nas śmieszy a James Mowry, agent mimo woli i z wrodzonego poczucia przekory budzi sympatię, choć nie stroni od czarnej roboty.

Jednym słowem – rewelacja.

Autor: Eric Frank Russel
Tytuł: Osa
Tłumaczenie: Robert J. Schmidt
Dom Wydawniczy Rebis

Jak wychować nazistę – Gregor Ziemer

Straszna książka. Nie tylko dlatego, że ma najgorszy tytuł, jaki można było wymyślić. Ale straszna przez treść – pokazanie, jak wielką rolę odgrywa edukacja i jak łatwo za pomocą konsekwentnego prania mózgu, bazowania na emocjach, przeinaczania faktów i racjonowania dostępu do wiedzy można młode umysły wypaczyć, popchnąć w kierunku totalitaryzmu czy fanatyzmu. To odpowiedź na pytanie, dlaczego tylu Niemców popierało działania Hitlera, Holocaust i zbrodnie. Po drugie, książka jest straszna, bo ja odnalazłam w niej aż za dużo zbieżności z tym, co próbuje się wprowadzać i wprowadza w polskim systemie edukacyjnym. Takie zdanie np.: „Każda dziewczyna musi nauczyć się obowiązków matki, zanim skończy szesnaście lat, aby mogła rodzić dzieci. Dlaczego dziewczęta miałyby zawracać sobie głowę wyższą matematyką, sztuką, dramatem albo literaturą? Mogą rodzić dzieci bez takiej wiedzy” – pasowałoby do ministra Czarnka, specjalisty od cnót niewieścich, prawda?

Co najważniejsze w tej książce, nie jest to spojrzenie historyka na nazistowską edukację. Autorem raportu jest Gregor Ziemer, który w 1939 roku był dyrektorem Szkoły Amerykańskiej w Berlinie. Zaniepokoiły go akty agresji, jakich dokonywali na jego uczniach (wśród których byli także Żydzi) uczniowie z niemieckiej szkoły znajdującej się naprzeciwko. Chłopcy, którzy nie mieli nawet 10 lat rzucali kamieniami w Amerykanów, wykrzykiwali głośno i dumne hasła „precz z cudzoziemcami”, okraszając to jeszcze dumniejszym hitlerowskim pozdrowieniem. Interweniując u dyrektora niemieckiej szkoły Ziemer usłyszał, że zachowanie uczniów jest zgodne z wpajanymi im wartościami, wśród których na czołowym miejscu plasuje się nienawiść do Żydów.
Incydent ten dał Ziemerowi impuls do zbadania nazistowskich placówek edukacyjnych. Udało mu się, dzięki determinacji i łapówkom, oraz bucie niemieckich urzędników, przekonanych, że łatwo pokażą Amerykaninowi wyższość ich systemu. Ziemer dostał pozwolenie, które umożliwiło mu nie tylko lekturę podręczników dla nauczycieli i nielicznych książek dla uczniów, ale także wizytację w różnych miejscach. Naprawdę różnych, bo system tresury (tak to należy nazwać) młodych Niemców zaczynał się już od życia prenatalnego. Razem a autorem śledzimy kliniki, w których sterylizowało się kobiety, które nie mogły urodzić zdrowego, czystego rasowo obywatela. Ziemer odwiedzał miejsca, w których przyuczano do pracy i wiary w wodza niepełnosprawnych chłopców – i umieszczone tam pokoje, gdzie zabijano te dzieci, które w żaden sposób nie mogły być przydatne niemieckiej gospodarce. Autor w dosadny sposób wykłada nam zasady edukacji niemieckiego nadczłowieka – pracowitość, odwaga, agresja, bezwzględne posłuszeństwo i wiara w Adolfa Hitlera. Oddzielenie dziewczynek od chłopców – życiową rolą chłopców było zostać żołnierzem, dlatego od malucha byli oni wdrażani w żołnierski dryl, a rolą dziewcząt było zostać matkami żołnierzy, dlatego ich edukacja była bardzo mocno ograniczona, za to były one popychane do rodzenia jak największej liczby dzieci, nieważne, ze ślubem czy bez (to ostatnie zresztą było szczególnie nie przełknięcia przez purytańskiego Amerykanina i jego współpracowników).
Nie będę tu streszczać całości raportu, ale jest on dość szczegółowy, bo Ziemer rozmawia z nauczycielami, opiekunami, uczniami i rodzicami, uczestniczy w rytuałach i uroczystościach, wizytuje lekcje. Przy całej tej szczegółowości udaje mu się także uchwycić mechanizm tej niezwykle skutecznej edukacji – żelazna konsekwencja i machina, która porywa już maleńkie dziecko. Nazistowski system edukacyjny bazował na wciąż tych samych schematach, wypróbowanych metodach, manipulacji emocjami, chęci przynależności do grupy, konsekwentnym i spójnym przekazie, także werbalnym. Kiedy to się czyta, zupełnie inaczej patrzy się na Niemców. Byli oni produktem dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach maszyny.

Powiedziałabym, że książka napisana zdecydowanie ku przestrodze, zwłaszcza w momencie, kiedy widzimy, że polska szkoła również staje się propagandową maszyną, produkującą inne maszyny, a nie istoty zdolne do samodzielnego myślenia, otwarte i zadające pytania.

Tytuł: Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji
Autor: Gregor Ziemer
Tłumaczenie: Anna Dorota Kamińska
Wydawnictwo Znak

Hotel Żaglowiec – Piotr Chojnowski

Książka zdawałoby się o niczym. Bohaterem jest Piotr, który przez awarię pociągu trafia do małego miasteczka pośrodku lasu i przypadkowo zostaje barmanem w miejscowym hotelu „Żaglowiec”. Spędza tam całe wakacje, rozmawiając z gośćmi i stałymi klientami, którzy są prawdziwą gromadą dziwaków. Miejscowy listonosz, który wierzy opracowywany przez wiele lat system pozwoli mu wygrywać w piłkarskich zakładach i obsypie tonami pieniędzy. Miejscowa aktywistka i feministka, Anastazja, zarabiająca jednocześnie jako prostytutka w miejscowym sanatorium. Józef, ksiądz, odnoszący sukcesy jako kaznodzieja od momentu, kiedy stracił wiarę. Pedro, pierwowzór coacha, którego pierwszym zadaniem jest wytrenowanie niewidomego mężczyzny do zawodów w rzutkach. Piotr, stojąc za barem i polewając ulubione alkohole, wysłuchuje anegdotek z życia, życiowych planów i przemyśleń. Stara się być słuchaczem neutralnym, czasem bywa prowokującym, częściej naiwnym, a całość jest po prostu opowieścią bez początku, końca i puenty. Co zresztą kwituje jeden z gości baru, zawodowy pisarz, zniechęcony po tym, jak nie znalazł w Hotelu „Żaglowiec” nikogo do umieszczenia w powieści. Być może jednak Aleksiej nie słuchał wystarczająco dokładnie, bardziej skupiony na autoprezentacji, bo kolejne rozmowy są pozornie tylko lekkie i w lekkim tonie.

W Hotelu Żaglowiec, anonimowym miasteczku anonimowego kraju pośrodku Europy, mnie się kojarzącego troszkę z Bawarią (być może ze względu na obecność sanatorium pełnego dziarskich staruszków) mieszają się narodowości, tożsamości, zawody, systemy filozoficzne i postawy życiowe w sposób płynny, wymieniając za i przeciw spokojnie, z namysłem i bez agresji. No, może nie wtedy, kiedy Anastazja wpadnie w furię. Ale wiecie, to takie miejsce, gdzie generał Schmetterling rozmawia z pacyfistą i patentowanym leniem Mike’m, gdzie ksiądz Józef wprost mówi o swoim ateizmie i tym, jak bardzo go męczą go pozory, które jako ksiądz i członek kościelnej organizacji jest zmuszony utrzymywać tylko dlatego…że nie umie robić w życiu nic innego niż być księdzem. Anastazja logicznie tłumaczy, jak to możliwe, że feministka może być prostytutką…w prostych niby rozmowach jak błyski złota w słomie pojawiają się celne zdania – czym jest godność, na czym polega szczęście, czym jest wiara. Nikt tu nie toczy wielkich wojen, a nawet jak pozornie toczy, to autor potrafi pokazać czytelnikowi absurd sytuacji (walczący z systemami, a zwłaszcza gospodarką kapitalistyczną Mike, który opłaca rachunki pieniędzmi bogatych rodziców, Anastazja broniąca praw mniejszości etnicznych w miasteczku, w których żaden przedstawiciel tychże mniejszości się nie pojawił). Bez agresji, bez spiny, z uśmiechem, z celnym pośrodku leniwego nurtu rozmowy pytaniem.

Często barowe sceny i rozmowy przekraczają granice absurdu, ale przecież wszelkiego rodzaju bary roją się od dziwaków, prawda (heloł, pracowało się kiedyś w nocnej knajpie na krakowskim Kazimierzu), tutaj może czasami są ciut przerysowane na rzecz formy opowieści – porównanie z okładki do Wesa Andersona jest może ciut przesadzone, Hotel Żaglowiec to nie Grand Hotel Budapest, ale znajdziemy tu tę samą nutkę szaleństwa. Tę samą, którą umieścił także Tarantino w „Czterech pokojach” – no, wiecie, o co chodzi. Bary i hotele mają tę specyficzną mieszankę melancholii, beznadziei, zatrzymania w czasie i przeczucia, że w sumie wszystko jest możliwe, bo wpadliśmy do jakiejś innej czasowej dziury.


Tytuł: Hotel Żaglowiec
Autor: Piotr Chojnowski
Wydawnictwo SQN

Niewinny – Graham Moore

Dawno, dawno temu był taki film, rewelacyjny zresztą, nazywał się „Dwunastu gniewnych ludzi”. Pewien młody chłopak został oskarżony o zabójstwo ojca. Dowody zdawałoby si niepowtarzalne świadczyły przeciw niemu, werdykt ławy przysięgłych był oczywisty. 11 ławników zagłosowało a karą śmierci. Ku zdumieniu wszystkich jeden miał wątpliwości i zaczął przekonywać resztę.

Dlaczego przytaczam ten filmowy staroć? Bo „Niewinny” oparty jest na tym samym pomyśle. Tylko tutaj akcja dzieje się już dawno po tym, jak decyzją ławników Bobby Nock, młody, czarnoskóry nauczyciel, oskarżony o uwiedzenie i zamordowanie nieletniej wbrew wszelkim przypuszczeniom zostaje uznany za niewinnego. Odpowiedzialna za to była Maja Seale, w czasie procesu młoda dziewczyna, która nie bardzo wiedziała, co zrobić ze swoim życiem. Poczucie przyzwoitości kazało jej skreślić „niewinny” na kartce do głosowania, jeśli z całą pewnością nie można było stwierdzić, że Jessica Silver została zamordowana. A wątpliwości było sporo – nie było ciała, każdy dowód po błyskotliwych wystąpieniach obrony był co najmniej dwuznaczny a w całym procesie gdzieś u podstaw leżało to, że Jessica była córką białego bogacza a Bobby – czarnoskórym biednym nauczycielem.
Jednak książka nie kończy się, kiedy Maja przekonuje pozostałych ławników do swojego zdania – wtręty z procesu Bobby’ego pokazują się tutaj w formie retrospektyw. Cała książka natomiast jest o życiu po procesie – pozostałych ławników, którym proces, w którym wyciekły ich dane, zwichnął życia i kariery. Tylko Maja się odnalazła, pracując w systemie, który doskonale poznała, jako świetna prawniczka. Jednak nigdy nie pozbyła się wątpliwości. Kiedy kolejny z ławników, wtedy jej potajemny kochanek a po procesie zagorzały wróg namawia ją na wzięcie udziału w programie dokumentalnym o tamtym procesie, początkowo Maja odmawia. Ostatecznie się zgadza, a najbardziej ciekawa jest nowych dowodów w sprawie, którymi podobno dysponuje jej dawny przyjaciel. Kiedy ten zostaje zamordowany, najbardziej podejrzaną staje się Maja…

Rewelacyjna książka o prawniczej maszynie, w której najmniej ważna jest prawda. Maja, doskonale znająca jej trybiki, w pewnym momencie staje przed wyborem – co wybrać, kiedy prawda może jej zaszkodzić? A kiedy może zaszkodzić innym? Tym całkiem niewinnym? W „Niewinnym” nie ma sprawiedliwości, nie ma nawet jej namiastki, chociaż wszyscy jej pozornie szukają. Ojciec zaginionej Jessiki Silver, Bobby Nock, ławnik, który odczuwa tak potężne wyrzuty sumienia, że żeby je zagłuszyć, jest w stanie iść po trupach. Napisałam pozornie, bo czytelnik w pewnym momencie już wie, że nie chodzi o sprawiedliwość, tylko uprzedzenia, poczucie władzy, chorą ambicję, obsesję, zawiedzioną miłość, także tą własną.

Graham Moore znakomicie oddał klimat sądowego procesu i nastroje uwięzionych do końca sprawy ławników, osaczonych przez swoje uprzedzenia, oczekiwania społeczne, emocje. Czytelnik razem z nimi raz jest pewien swojego zdania, za chwilę już wątpi w dowody. Ostatecznie, jak większość z nich, dochodzi do wniosku, że nie jest osobą kompetentną i nieomylną, a więc nie jest w stanie skazać kogoś na karę śmierci.

Przerażające są opisy życia dawnych osadzonych, także tych za przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Te zresztą, jak się okazuje w książce, również nie bywają tak oczywiste, jeśli trafi się na prawników biegłych w wykorzystywaniu kruczków. Widzę tu mistrzostwo autora – we wzbudzaniu w czytelniku sympatii, a przynajmniej współczucia wobec tych, którzy są zbrodniarzami. I sporej dozy wątpliwości co do tego, czym jest sprawiedliwość. Opinia publiczna, w tym media stają się narzędziem nagonki na tych, którzy choćby przypadkiem otrą się o „klikalną” sprawę.

W tym wszystkim Moore osadza genialnie wręcz skonstruowaną bohaterkę – Maję, logiczną, inteligentną, odporną na emocje, wbrew pozorom szlachetną i gotową do poświęceń. Gdzieś na marginesie przewijają się wątki rasizmu, uprzedzeń wobec innych nacji, płci czy orientacji seksualnych.

Koniecznie trzeba przeczytać.

Tytuł: Niewinny
Autor: Graham Moore
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka-Sawa
Wydawnictwo W.A.B

Podróżni – Regina Porter

Wszyscy jesteśmy podróżnymi. Szukamy miłości lub bezpiecznego miejsca, uciekamy od traum i uprzedzeń, wędrujemy jeśli nie w przestrzeni, to w czasie, wspominając lub planując. Czasem największą podróż odbywamy w głąb siebie, odkrywając coś, co chcieliśmy ukryć przed innymi. Albo coś, co chcielibyśmy tym innym pokazać.
Bohaterowie „Podróżnych” są właśnie takimi wędrowcami, błąkającymi się po archetypicznej wręcz Ameryce, z jej wojną w Wietnamie, rasowymi uprzedzeniami, segregacją, przemocą seksualną, budzącym się feminizmem czy ruchami lgbt. Zdawałoby się może, że :Parker upchnęła w tej powieści zbyt dużo i zbyt mocno, skoro dotyczy ona w gruncie rzeczy członków tej samej rodziny, choć mocno patchworkowej. Ale czy z drugiej strony da się żyć unikając tych tematów? Jeśli nie żyjemy w całkowitej izolacji i nadmuchanej, sterylnej bańce – to nie.

To nie jest opowieść linearna. Momentami trudno się połapać, kiedy dzieje się powieściowe „teraz”, trudno też złapać połączenia między bohaterami – ale bądźcie pewni, że one tam są. To także forma podróży a nomadami jesteśmy my, próbujący uchwycić nić prowadzącą od szekspirowskich Rozenkranca i Gildensterna do czarnoskórego marynarza, który zaciągnął się na okręt wojenny szukając, paradoksalnie, lepszego życia. Czy też choćby namiastki poczucia, że steruje własnym losem. Zamiast tego dostał traumę i smętny los weterana Wietnamu.

Motyw podróży nie jest wcale tak oklepany jak mogłoby się wydawać – dowiódł zresztą tego film „Nomadland”. Ciekawe, że to wciąż Stany Zjednoczone są miejscem, gdzie droga ma największe znaczenie w kulturze. Od słynnej Route 66, rozmaitych easy riderów przełamujących konwenanse po Fern, która traci dobytek życia i w drodze odnajduje sens. Bohaterowie książki Porter też próbują przełamać schematy, z różnym skutkiem. Jednak, jak to w drodze, czasem nie liczy się cel, a po prostu stawianie kroku za krokiem. Każdego z bohaterów droga zwana życiem obija, nabawia pęcherzy na stopach i bólu zmasakrowanych łydek. Czasem jednak otwiera nam głowy na nowe.

Książka niełatwa.

Tytuł: Podróżni
Autorka: Regina Porter
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie

Coraz ciemniej w Wartherland – Piotr Bojarski

Druga wojna światowa. Poznań. A właściwie Posen, bo armia niemiecka już wkroczyła. Nowy namiestnik Rzeszy, Artur Greiser, urodzony w tych okolicach pamięta ucieczkę Niemców po tym, jak Polacy odzyskali niepodległość. Dlatego będzie bezwzględny w odzyskiwaniu tego, co uważa za własność Rzeszy i w zaprowadzaniu tutaj nowych porządków. Wielu mieszkańców Posen, Niemców, odnajduje się w tej sytuacji. Tak jak krawiec Günther. Jego córka, śliczna Wilhelmine, patrzy na wszystko z optymizmem i nie rozumie ponurego nastroju swojego ukochanego, sąsiada Antoniego. Jednak szybko się okazuje, że życie pod nowymi rządami jest zupełnie inne, bo Wilhelmine nie może ze swoim ukochanym pójść do kawiarni, do parku, nie może nawet pojechać z nim jednym wagonem w tramwaju. Ona ma wszędzie wstęp wolny, a on, no cóż, jest Polakiem, a w mieście tabliczek „Nur für Deutsche” dla ich związku nie ma miejsca. I to dosłownie, bo kontakty Wilhelmine z Polakiem są przestępstwem, „kalaniem rasy niemieckiej”.


Historia Wilhelmine, choć brzmi jak z taniego romansu, jest częściowo prawdziwa – tak jak prawdziwa jest historia utalentowanego naukowca, lekarza i mikrobiologa Franciszka Witaszka, szefa sekcji sabotażowo-dywersyjnej Związku Walki Zbrojnej, tzw. Związku Odwetu. Witaszek odpowiedzialny był m.in. za produkcję i podawanie wybranym Niemcom trucizn i bakterii chorobotwórczych, środków powodujących korozję metali, powłok silników spalinowych czy produkcję bomb termitowych. Ale prawdziwych bohaterów książki Bojarskiego jest więcej – wystarczy wspomnieć chociażby laborantkę Sonię Zagórzną, doktora Henryka Günthera czy Antoniego Gąsiorowskiego, zwanego Ślepym Antkiem, który razem ze swoją eką, czyli bandą z Chwaliszewa, dzielnicy Poznania byli wykonawcami Akcji Bollwerk, największej akcji dywersyjnej Poznania. A co więcej – te i inne postaci posłużyły Piotrowi Bojarskiemu do napisania fascynującej powieści, która może śmiało konkurować z najlepszymi powieściami sensacyjnymi. Bo o ile najlepsze fabuły – jak i tę – pisze życie, to przedstawić je tak, żeby czytelnik zachwycił się bohaterami z krwi i kości już nie jest łatwo. Bojarskiemu się udało, dzięki temu czytelnik może gryźć paznokcie, kiedy czyta o poznańskich kelnerach wsypujących trucizny do niemieckich kufli czy popłakiwać nad listami ojca Wilhelmine do Hitlera, w których stary krawiec prosi o łaskę dla swojej córki. Owszem, jest w tej książce sporo „dla pokrzepienia serc”, bo to przede wszystkim historia ludzi, którzy walczyli o to, co uznawali za najważniejsze wykorzystując swoje talenty, zdolności, sytuację. Nie poddawali się w najcięższych chwilach, nie znosili niesprawiedliwości choć wiedzieli, że zapłacić mogą życiem swoim i swoich bliskich. Dla mnie wstrząsająca jest historia doktora Witaszka, którego Niemcy próbowali kupić. Za pracę na ich rzec – cenną pracę, Witaszek był przecież świetnym naukowcem ze sporym już dorobkiem wynalazków i odkryć – oferowali mu świetne warunki i bezpieczeństwo dla niego i jego rodziny. Propozycję Witaszek odrzucił. Zginął on, jego żona trafiła do obozu, dwójkę jego dzieci niemal całkowicie zgermanizowano. Bojarski – takie jego prawo jako autora – przedstawia nam walki organizacji podziemnych w Poznaniu jako pojedynek dwóch osobowości. Z jednej strony Greisera, ślepo zapatrzonego w ideę nazizmu, okrutnego, skutecznego i przerażająco ekonomicznego. Z drugiej – Witaszka. Naukowca o precyzyjnym umyśle, nie wolnego od moralnych wątpliwości, ale gotowego walczyć do końca o sprawę, w którą wierzy.


„Coraz ciemniej w Watherland” to podany w przystępny dla przeciętnego czytelnika sposób fragment historii II wojny światowej.


Tytuł: Coraz ciemniej w Wartherland
Autor: Piotr Bojarski
Wydawnictwo Znak