Likwidatorzy Czarnobyla. Nieznane historie

Jestem z tego pokolenia, co na słowo „Czarnobyl” reagują, przypominając sobie paskudny smak płynu Lugola. Od czasu do czasu oglądam w necie zdjęcia z zony – ponure, niszczejące budynki i nieokiełznaną przyrodę. Ale nigdy jakoś nie przemknęło mi przez myśl, że ktoś tam, na miejscu musiał zajmować się likwidacją skutków katastrofy. A kiedy przeczytałam o tej książeczce, „likwidatorów” widziałam oczami wyobraźni raczej jako nowoczesną ekipę w kosmicznych kombinezonach. A nie mężczyzn w każdym wieku, którzy nie dysponowali nawet maskami na twarz, noszących napromieniowane szczątki własnymi rękami. Nie wyobrażałam sobie, że „likwidatorzy” często zostali oderwani od rodzin, niemal „porwani” w drodze z pracy do domu, bez szansy pożegnania się z rodzinami. Nie wyobrażałam sobie, że zabierano wszystkich – chorych, zdrowych, tych z rodzinami, tych bez rodzin. A przede wszystkim nie wyobrażałam sobie, że ci mężczyźni pracowali bez żadnej wiedzy na temat niebezpieczeństwa, że oszukiwano ich co do wielkości promieniowania, że wreszcie – że ich służbę z 45 dni zmieniono na sześć miesięcy, bo i tak zostali już tak napromieniowani, że są spisani na straty a nowych szkoda.
Kiedy czytałam tę oschłą w wyrazie monografię, składającą się głównie z wypowiedzi likwidatorów trudno mi wyobrazić sobie, jak wielka rozpacz musiała panować w ich obozach. Jak bardzo przerażeni musieli być szczególnie młodzi chłopcy, którzy jeszcze nie założyli rodzin wiedząc, że prawdopodobnie stracili szansę na potomstwo. Jak nieludzka była polityka władz sowieckich – zarówno wobec ludności tamtych terenów jak i likwidatorów. Mieszkańcom zabroniono udzielać informacji (likwidatorzy robili to z litości lub przerażeni tym, co może się stać z ludźmi), zabierano im nawet dokumenty, uniemożliwiając ucieczkę z zagrożonych miejsc. Likwidatorom nie udzielano informacji na temat skażenia i możliwych zagrożeń, trzymano ich na miejscu mimo przekroczenia dozwolonych dawek promieniowania i kłopotów ze zdrowiem a po latach niszczono dokumentację medyczną i zabroniono łączenia objawów chorobowych z pracą w Czarnobylu.
Z tego króciutkiego opracowania wyłania się przerażający obraz chaosu po katastrofie. Chaosu, którego główną cechą było lekceważenie ludzkiego życia. Paweł Sekuła dotarł do likwidatorów, wysłuchał ich opowieści i przedstawia nam fakty mało znane lub kompletnie nieznane – takie np. jak bunt estońskich oddziałów likwidatorów, co robiono z napromieniowanym sprzętem używanym przez oddziały likwidatorów (tak, trafiał do ludności cywilnej), jak traktowano czarnobylistów zarówno w związku sowieckim jak i po jego rozpadzie w dawnych republikach. Dla mnie osobiście bardzo ciekawe było czytanie o opozycji wobec sowietów mieszkańców republik nadbałtyckich, Łotyszy i Estończyków. No i „Likwidatorzy Czarnobyla” to ciekawostka – pierwsza w Polsce i na świecie książka, która opisuje bunt tych, którzy usuwali skutki katastrofy.
Jeśli interesujecie się historią XX wieku, to jest „must have”.
Tytuł: Likwidatorzy Czarnobyla. Nieznane historie
Autor: Paweł Sekuła
Wydawnictwo PWN

Reklamy

Autor

niesamapraca

Dziennikarka, redaktorka, krytyczka literacka. Feministka. A poza tym działaczka społeczna, maratonka, aikidoczka, żeglarka. I to pewnie jeszcze nie koniec :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s